Więcej niż surrealizm, czyli reminiscencje z pobytu w Polsce

Jestem smutna. Jestem poirytowana. Boli mnie głowa i nie mogę sobie znaleźć miejsca. Tak jest zawsze, kiedy wracam z Polski do domu. Przez tyle lat powinnam już przywyknąć, a jednak wciąż ten sam demon łapie mnie za gardło. Nieodmiennie podczas pobytu w Polsce doświadczam dwóch odczuć, nader ze sobą współgrających. Primo, że jestem główną bohaterką sztuki surrealistycznej i secundo, że akcja dzieje się w średniowieczu. Wczesnym dosyć. Pozostaje to w mocno zdecydowanej sprzeczności z moimi intelektualno-estetycznymi potrzebami.

Surrealizm, owszem, kocham, ale w literaturze i na scenie. W życiu przyprawia mnie o mdłości. A z wczesnego średniowiecza toleruję jedynie architekturę i wzornictwo artystyczne. Niestety. Nie ma „zmiłuj się”, nie mogę wybierać. To, co mnie dopada w Polsce występuje jak najbardziej w realu (nie mylić z hipermarketem) i jest fully three-dimensional. Otacza mnie ze wszystkich stron. Muszę przyjąć „na klatę” cały aktualny wizerunek medialny mojej ukochanej bywszej ojczyzny. Można od tego wylądować w psychiatryku ekstaracugiem, dlatego usiłuję nie oglądać dzienników i nie czytywać gazet, co w moim polskim domu rodzinnym jest, niestety, niewykonalne. Nie sposób przeoczyć ogromnego telewizora w salonie, który (telewizor, nie salon) gromkim rykiem wypluwa na świat rewelacje polskich mediów, nie wiedzieć czemu nadawane ze zdwojoną mocą w porach możliwych rodzinnych posiłków. Gdyby tego było mi mało, obok talerza rano znajduję gazetę. I tak wszechstronnie poinformowana dowiaduję się, że poseł Palikot został opętany przez Szatana i niezbędne są egzorcyzmy, czytanie Harrego Pottera również grozi wiecznym potępieniem, a umiłowany przez Polaków Jarosław Kaczyński wykrzykuje ku tłumom, że Polska jeszcze kiedyś będzie wolna i niezależna. Cóż, próżno szukać informacji, kto w takim razie okupuje Polskę? Rodzi się niebezpieczna wątpliwość, że, być może sami Polacy?  Ma to być myśl wiekopomna pana K.? Do dziś w kręgach polonijnych mówi się o nad wyraz wiedzą naukową prześcigającej współczesność pracy doktorskiej Pana Jarosława. Koledzy z uczelni pamiętają i jego, i pracę. Była tak wybitna, że musiała pozostać w archiwach na strychu, aby jej tematu ludzkie oko nie ujrzało. Ponoć wtedy pan J.K. lubił płynąć z prądem i szukać protekcji. Ale to tylko plotki.

Teraz jest jedynie słuszny, można powiedzieć, że zastępuje narodowi wyrocznię i nawołuje do wojny z Rosją, a kto z jego partii nie wierzy w zamach w Smoleńsku, ten wylatuje z wizgiem, przytupem i wilczym biletem. No i proszę! Tak tej Rosji nienawidzi, a jednak czegoś się od niej nauczył. Mało śmieszne, ale bardzo realne. Pan Kaczyński nie tylko Księżyc w dzieciństwie ukradł dla siebie, ale i prawo do decydowania o ludzkiej świadomości teraz. Omamił nienawiścią ogromne masy i agituje nie tylko przeciw Rosji, ale i w myśl zasady: „kto nie z nami, ten przeciw nam.”  Ponoć jest chrześcijaninem. Ponoć. Ktoś mógłby się dziwić tej perfidnej filozofii. Ja nie, bo ja już się nauczyłam, że chrześcijanin, a katolik to są z reguły dwie różne rzeczy. Jeśli do tego dodam Radio Maryja, osiągnięcia „ojca” Rydzyka, księdza Natanka (a powinno się pisać: „ Szatanka”) to…
Za każdym pobytem modlę się gorąco, żebym nie musiała tam znów zamieszkać. To straszne! Ten kraj jest niereformowalny. Niereformowalny…
Jakże trudno nie wracać myślą do słów Bismarcka, który z politowaniem powiedział kiedyś: „zostawcie Polaków w spokoju, wykończą siebie sami.” Jakże blisko do tego teraz! Bismarck, Bismarckiem, ale nie potrafię się również powstrzymać od przytoczenia cytatu z mojego ukochanego Kabaretu Olgi Lipińskiej: „A jak wszystko dobrze pójdzie zobaczyta chłopy, jak wyrasta tęga dżungla w sercu Europy.” Najwyraźniej wszystko dobrze poszło, bo dżungla wyrosła.

Od reszty słowotoku nerwowego się powstrzymam, zastanowię się tylko nad psychiką kota pana Jarosława Kaczyńskiego. Musi być bardzo zestresowany. Koty nie cierpią ludzi niestabilnych emocjonalnie. Zastanawiam się, jak pies Hitlera wytrzymywał jego osobowość. Na szczęście problem zwierzaka Stalina spadł mi z głowy, bo nie słyszałam, żeby miał jakiegoś, ale poza tym aspiracje wszystkich trzech panów są niejako podobne, więc w mojej opuchniętej z bólu czaszce zlały się w jedno. Nietrudno o analogie, które same się narzucają, kiedy człowiek poprzez stres ma osłabiony system immunologiczny i nie myśli w kategoriach samozachowania jednostki, tylko plecie, co mu ślina na język przyniesie. Spod serca.

Tekst | Joanna Goldberg

Sharing is caring!

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *