» Damian Biliński | Fot. Źródło: The Sun

Opinia społeczna po raz kolejny poczuła się dotknięta informacjami na temat osób pobierających zasiłki i wydającymi ów pieniądze na prezenty – drogie prezenty.

__________________________________________________________________________________________

W Wielkiej Brytanii krąży stereotyp „zasiłkowicza”, który siedzi przed nowym 52 calowym telewizorem i oglądając mecz piłki nożnej zajada kupioną przed chwilą drogą pizzę. Ile jest w tym prawdy wiedzą osoby dostarczające pizzę pod wskazany adres. A że właściciele 52 calowych telewizorów uwielbiają pizzę, to doręczyciele włoskiego przysmaku adresy znają na pamięć. Tyle o stereotypach. Ale jak się okazuje coś jest na rzeczy.

Niedawno pewna Brytyjka w wywiadzie, którego udzieliła magazynowi „Close”, wyznała, że na prezenty na święta dla każdego ze swoich dzieci przeznaczy 350 funtów, co daje łącznie niebagatelną kwotę 3850 funtów. „Czwórce dzieci kupiłam iPady mini, po 250 funtów za jeden. Najmłodsze bliźniaczki dostaną złote bransoletki z wygrawerowanymi imionami” – opowiadała – „Uwielbiam rozpieszczać ich w święta, a benefity mi na to pozwalają.” Opinia społeczna była zbulwersowana wyznaniami pani Prudham.

Ile jest takich przypadków? Tym razem czytelnicy „The Sun” mieli okazję przeczytać o świątecznych prezentach – drogich prezentach – kupowanych z pieniędzy podatników. Tym razem pieniądze socjalne zostały przeznaczone na telewizory. Dziennik przytacza historię rodziny z Stockport. 28-letni Paul Andrew i rok młodsza Stacey wychowują dwójkę dzieci. Tak się w życiu poukładało, że oboje nie pracują, jednak miesięcznie są w stanie zaoszczędzić 120 funtów. Za odłożone w ten sposób pieniądze rodzice kupili każdemu ze swoich dzieci telewizor, kupili także dekoracje świąteczne oraz prezenty dla swoich przyjaciół. I jakby tego było mało, Paul Andrew twierdzi, że rząd powinien dofinansować rodzinie również święta.

Po słowach „antybohatera” internauci nie wytrzymali i obrzucili rodzinę wyzwiskami. Ale na zaczepki w stylu „Weźcie się do cholernej pracy” Paul Andrew cynicznie tylko odpowiedział: – Stacey nie pracuje, bo opiekuje się dziećmi. Ja bym wrócił do pracy, ale dojazdy na rozmowy kwalifikacyjne to zbyt duży wydatek.

Sharing is caring!