Tydzień żywych trupów

Wielka Brytania znajduje się w największym politycznym kryzysie od czasów drugiej wojny światowej, a postreferendalny chaos obnaża intelektualne i polityczne braki brytyjskich liderów partyjnych.

W swojej długiej historii Wielka Brytania miała wielu wybitnych polityków i liderów. Clement Attlee, Winston Churchill, David Lloyd George – wybitnie inteligentni, kulturalni polityczni wizjonerzy. Szlachetni, eleganccy państwo pierwszej klasy. Polityczny pierwszy sort. Nie była to statystyczna reprezentacja społeczeństwa, ale była to reprezentacja, z której można być dumnym. Nie wszyscy wyborcy się z nimi zgadzali. Ale wszyscy ich szanowali i nikt nie odmawiał im kompetencji. Ani wielkości. Nawet Margaret Thatcher – postać niezwykle kontrowersyjna. Postać, której katastrofalne skutki poglądów na ekonomię odczuwamy do dziś – odcisnęła olbrzymie piętno na brytyjskiej i światowej polityce. A jej absolutna dominacja ideologiczna i pewność siebie rezonowały na innych. I chociaż to prawda, że zazwyczaj o wielkości polityka decyduje historia i czas, kiedy sprawują władzę. I rację mają ci, którzy twierdzą, że w historii prawie nigdy politycy nie odgrywają sprawczej roli, bo dryfują z historycznym prądem cyklicznie, natrafiając na ścianę ograniczeń fundamentalnych, nie tylko politycznej, lecz także gatunkowej natury.

To jednak w pewnych przełomowych momentach o olbrzymim znaczeniu świat potrzebuje wybitnych liderów. Polityków wielkiego formatu. Żeby zatrzymać katastrofę, chaos i apokalipsę. Postreferendalna, pogrążona w politycznej, społecznej i ekonomicznej otchłani Wielka Brytania, jak nigdy potrzebuje dziś politycznych superbohaterów. Zamiast tego ma snujące się, pozbawione pomysłów, charakteru, wizji i idei, przerażone konsekwencjami Brexitu polityczne zombie. I dotyczy to zarówno partii rządzącej, jak i opozycji.

Tragiczny żart

O tym, że Boris Johnson – twarz i architekt zwycięstwa obozu „Leave” nie nadaje się na najwyższe stanowiska w państwie, wiedzieli wszyscy zajmujący się polityką zawodowo. Dla byłego burmistrza Londynu polityka była głównie zabawą i żartem. Beztroską przejażdżką w wesołym miasteczku. Johnson swoją karierę od początku budował na błazenadzie. Skutecznie. Boris jako postać barwna, dosadna, nieprzebierająca w słowach, kontrowersyjna i dowcipna znalazł się w politycznym głównym nurcie. Jego błazenada (i koneksje z Eton oraz Oksfordem) katapultowała go z nieważnego, choć sowicie opłacanego felietonisty do elity Wielkiej Brytanii.

Niepoważni politycy w systemie pełnią ważną, choć niedocenianą rolę. Są bowiem wentylem bezpieczeństwa w napuszonym, poważnym politycznym balonie. I czasem dla równowagi psychicznej wyborców udaje się im ten balon przebić. Dać chwilę wytchnienia od typowego technokratycznego bełkotu, a nawet na nowo rozbudzić ekscytację polityką. Problemy zaczynają się w momencie, kiedy zamiast dawać zabarwioną humorem rozrywkę, tacy osobnicy zaczynają odgrywać ważne polityczne role. Bo co przystoi zwykłemu posłowi, który bawi się w zjadliwego komentatora, nie pasuje do przedstawiciela władzy, od którego zależy życie milionów ludzi. A Johnson nigdy tego nie zrozumiał. To jak zachowywał się zaraz po ogłoszeniu wyniku referendum wskazywało, że nie miał żadnego politycznego planu. Ani wobec Szkocji i Irlandii Północnej. Ani wobec obozu uchodźców w Calais. Ani wobec ekonomicznych i społecznych turbulencji. Ani wobec Unii i europejskich liderów. Jego zeszłotygodniowy felieton, który ukazał się na łamach „Telegraph” i który miał być czymś w rodzaju expose, wzbudził politowanie i przerażenie. Bo był publicystycznymi mrzonkami, a nie politycznym pomysłem. Nawet po kilku dniach rozmyślań były burmistrz Londynu nie był w stanie wydusić z siebie mocnego politycznego głosu.

Jeśli ktoś jeszcze miał jakieś złudzenia, to szybko przystał je mieć. Johnson obnażył swoje intelektualne braki. Nie przedstawił żadnego scenariusza, głębokich przemyśleń, ani nawet żadnych refleksji godnych uwagi. Polityczny żart Johnsona – zagranie na nosie Davidowi Cameronowi i zdobycie aplauzu ludu – okazały się tragiczne w skutkach, których były burmistrz nie przewidział, na które się nie przygotował i których się przestraszył. Czołowi politycy Partii Konserwatywnej szybko dali mu to do zrozumienia, a w partii powstał potężny opór wobec jego kandydatury na lidera. Ostatecznie zrozumiał to sam Johnson, który w końcu ogłosił, że rezygnuje z ubiegania się o najwyższy urząd w partii. Ku zdumieniu jednych i uldze drugich.

Ogłaszając swoją rezygnację Johnson wyglądał nie jak zwycięzca najważniejszego głosowania w ostatnich trzydziestu latach, ale jak przegrany – nerwowy, zmęczony i żałosny. Być może dotarło do niego w końcu, że do historii przejdzie jako nieodpowiedzialny, polityczny wandal, który zniszczył – budowane przez ponad 40 lat – relacje Wielkiej Brytanii z resztą Europy. A może, co bardziej prawdopodobne, przestraszył się ogromu pracy, które czeka przyszłego premiera Zjednoczonego Królestwa, żeby te relacje naprostować.

Sterowanie z tylnego siedzenia

Johnson był motorem napędowym kampanii „Leave”, ale jej ton nadawał były minister sprawiedliwości Michael Gove – ortodoksyjny eurosceptyk uchodzący za intelektualistę. Gove, który w kampanii trzymał się trochę na uboczu, a po referendum ogłosił, że nie będzie ubiegał się o pozycję lidera Partii Konserwatywnej, dość szybko zmienił zdanie. W zeszły czwartek, jak ogłosiły brukowce, „wbił nóż w plecy” Johnsonowi i zapowiedział swój start w partyjnych wyborach. Gove z poplecznika Johnsona zamienił się w jego przeciwnika, bo doszedł do wniosku, że były burmistrz Londynu „nie jest w stanie zapewnić przywództwa, jakiego potrzeba Wielkiej Brytanii”. Jednak opublikowany prywatny „e-mail” jego żony – felietonistki „Daily Mail” Sarah Vine sugeruje, że napięcie i brak zaufania na linii Gove – Johnson pojawiło się wcześniej. Co zresztą ciekawe, to żona Gove’a wyrasta na postać, która kierowała poczynaniami byłego ministra, dając mu jasne instrukcje jak należy postępować. Dało to innym felietonistom powód do żartów na temat sterowania z tylnego siedzenia, ale problem jest większy niż ewentualne podporządkowanie Gove’a swojej drugiej połówce.

Największe niebezpieczeństwo związane z byłym ministrem sprawiedliwości polega na tym, że podobnie jak Johnson jest on byłym publicystą. Elokwentnym, bardziej finezyjnym, ostrożniejszym, ale jednak publicystą. I dziennikarskie nawyki – upraszczanie rzeczywistości, generowanie emocji, proste rozwiązania – przenosi na grunt polityki. Z dziennikarzami, którzy zostają politykami – chociaż każdy z nas o tym po cichu marzy – jest taki problem, że traktują oni sprawy publiczne jak grę. Jak ugrać parę punktów sympatii, przechytrzyć oponenta, lepiej wypaść w debacie. Jako komentatorzy się sprawdzają. Jako politycy, odpowiedzialni za ważne decyzje, już nie. Gove również wpada w tę pułapkę. Instytucje nie działają najlepiej? Zlikwidować. Pracownik publiczny popełnia błąd? Zwolnić. Jak poradzić sobie z biurokratyzacją Unii, brakiem transparentności, deficytem demokracji i falą emigracji? Opuścić Wspólnotę. Teraz. Natychmiast. A wszystko będzie dobrze.

Skomplikowane problemy, złożone dylematy i trudne pytania – proste odpowiedzi. Jak w felietonie. Jednak przed Wielką Brytanią stoją wyzwania wykraczające poza horyzonty myślowe felietonistów. Już nie chodzi tylko o pozszywanie społecznego i klasowego pęknięcia, zażegnanie ekonomicznych kłopotów, narastającej ksenofobii, odpowiedzi na tendencje secesjonistyczne Szkocji i Irlandii Północnej. Choć są to problemy ogromne, wymagające wysokich kompetencji, talentów dyplomatycznych, intelektu i kultury. Chodzi także o odpowiedź na pytanie – jakie mają być relacje Wielkiej Brytanii z Brukselą. Bo w referendum ludzie głosowali przeciw, a nie za. Przeciw Unii. Jednak nie wiadomo, czego dokładnie oczekują. Czy, jak Johnson chcieliby, żeby Zjednoczone Królestwo było jak Norwegia – wszystko zostaje po staremu z tą różnicą, że Brytyjczycy mniej wpłacają do unijnej kasy, czy też chodzi o zupełne rozerwanie więzów z Brukselą – brak zgody na migrację w pakiecie z brakiem dostępu do wspólnego rynku?

Ten problem mogą rozwiązać jedynie przyspieszone wybory. Bo żadna siła polityczna nie ma legitymizacji do prowadzenia negocjacji z Brukselą. Wydaje się, że to otwiera polityczną szansę dla opozycji, ale Labour również pogrążyła się w chaosie, a Jeremy Corbyn przestał panować nad partią. Lider lewicy sam jest chodzącym żywym politycznym trupem, którego parlamentarzyści chcą jak najszybciej złożyć do grobu. Jednak sami nie mają pomysłu ani na partię, ani na post unijną Wielką Brytanię, ani na relacje z Brukselą. Cały swój wysiłek skupiają na walce z Corbynem.

Obraz jest ponury. Wielka Brytania jest politycznie sparaliżowana. Politycy zajęci są sobą i wewnętrznymi walkami, a napięcia oraz problemy się pogłębiają. I nie widać nikogo, kto byłby w stanie temu zaradzić.

Źródło / Radosław Zapałowski

cooltura_logo_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA