Tutaj się nie gotuje. Tu się robi festiwal!

» Justyna Sroka i Krzysztof Mielnik-Kośmiderski, fotografie: © Bartek Furdal

Po czterech latach, które minęły od pierwszej edycji, Play Poland stał się największym polskim festiwalem filmowym na Wyspach. Jego marka rozpoznawana jest wśród Polaków w całej Wielkiej Brytanii. A jego twórcom nie brak marzeń, aspiracji i ambicji, żeby wciąż iść naprzód.

_________________________________________________________________________________________________

Z Iwoną i Mateuszem, pomysłodawcami i głównymi motorami napędowymi festiwalu, spotykamy się w jednym z mieszkań w typowej dla Edynburga, historycznej kamienicy. Sztuka nie może powstawać w lepszym miejscu. Na ścianach porozwieszane obrazy i zdjęcia, zarówno w kolorze, jak i czarno-białe, przedstawiają upozowane parafrazy, portrety. W zdecydowanej większości – autorstwa Mateusza. W tle przygrywa klimatyczna muzyka.

Mimo, iż Iwona i Mateusz przez ostatnie cztery lata niemal non-stop mają do czynienia z zastępami ludzi, a przez to mieszkanie przewinęły się setki współpracowników, wolontariuszy i zapraszanych z kraju gości, jest to miejsce bardzo ciepłe, przytulne i – zdawać by się mogło – najspokojniejsze w świecie.

Nie tylko film…

Mateusz przerwał właśnie malowanie. Wielkie płótno na sztaludze przedstawia postać noszącą ciemne okulary. Rozpozna ją każdy Polak. Poniżej szkieł wojskowy ma usta niczym u lalki z sex-shopu. Mateusz tłumaczy: „Staram się wybierać kontrowersyjne postaci i malować je w kontrowersyjny sposób; komiksowy, groteskowy, żeby ludzie czuli się sprowokowani do myślenia. A usta dmuchanej lali u Jaruzelskiego? Widz ma się zastanawiać, czy musiał podjąć decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego. Czy został wydymany, czy też był ‚rosyjską dziwką'”?

„To nie jest tak, że mój sposób malowania wziął się z tego, że w dzieciństwie naczytałem się komiksów.” – tłumaczy Mateusz. „Owszem, cenię je dzisiaj jako sztukę, inspirację przede wszystkim w zakresie procesu tworzenia obrazu przez rysownika. Technika Simona Bisleya (brytyjskiego rysownika – red.) jest dla mnie ściganym wzorem.”

Seria z super-bohaterami i super-złoczyńcami (jest też gotowy marszałek Piłsudski) ma być komiksowa, ale nie-amerykańska, kolorowa, ale z refleksją. „Bohaterów? Złoczyńców?” ma powstać więcej. Malowanie idzie jednak wolno, bo festiwal.

Play_Poland_Film_02

Fot: © Bartek Furdal

Czas dojrzewania

Mateusz lubi malarstwo, spotkania z twórcami i żeby coś się działo. To właśnie chęć nieustannego działania, a nie film sensu stricto, była dla niego zawsze największym bodźciem. Na polskim uniwersytecie robił galerię, wystawiali kolegów z roku, ale nie tylko. Działali na tyle dużo, by doświadczenie wyniesione z czasów studenckich zaowocowało przy tworzeniu większych projektów. Od 2010 bez przerwy działa przy Play Poland. Festiwal trwa dwa miesiące, ale Mateusz żyje nim przez cały rok. Ciągle jest coś do załatwienia, ciągle coś do dogrania. Wyznaje nam, że chciałby nieco usunąć się w cień, zająć również innymi projektami i marzy, żeby festiwal znalazł kiedyś następcę – jak z amerykańskiego filmu: „że człowiek słyszy o pomyśle, łapie w lot i idzie robić.” Dopóki tak się nie stanie, swego „dziecka” nie odda.

Iwona kochała filmy od zawsze. Złapała się na Filmową Górę. „To było kino!” – mówi. Bakcyl ją dorwał i już nie puścił. Czy jest wyczerpana? Gdy festiwal się zaczyna, to już nie. Ludziom się podoba – przychodzą, dyskutują, żyją filmem. Ona jest szczęśliwa. Nie może ich zostawić.

Fot: © Bartek Furdal

Fot: © Bartek Furdal

Jak mocny narkotyk

W kuchni Mateusza sprzęty upychane są po kątach. Tutaj się nie gotuje. Tu się robi festiwal! Na wprost – ściana z kalendarzem, który odlicza ostatnie dwa miesiące do dnia zero: 59, 58, 57… Na stole plakaty. Na wierzchu z Bez miłości.

Bez miłości do kina? Sztuki? Samego siebie? – bo jak trzeba swoją tzw. pasję bezczelnie uwielbiać, by brnąć w nią co roku? Bez miłości to wszystko byłoby nie do zniesienia. A tak, podobno działa jak mocny narkotyk. Podobno nie chce się przestać, nawet jeśli czasem boli. Nawet jeśli czasem daje w kość.

Mimo, iż Iwona początkowo nie chciała brać udziału w całej tej sprawie – pewnie z racji tego, że koncepcja zakładała przewagę różnego typu wystaw, a nie filmu – szybko okazało się, że to właśnie ona stanowi brakujące ogniwo. Delikatna brunetka, kiedy trzeba, potrafi wywrócić świat do góry nogami, aby osiągnąć cel. „Potrafi dosłownie wytrzasnąć film spod podłogi” – śmieje się Mateusz. „Jak dzwoni organizator i mówi, że coś się stało, że nie ma filmu, to ona obdzwania producentów, agentów, dystrybutorów i wszelkich innych świętych – i skądś go wydobywa.” – dodaje.

Świat idzie naprzód, technika kinowa też. Te zmiany techniczne stawiają nowe wyzwania; w zakresie kupna i sprzedaży licencji, dystrybucji, tego jak film przekazywać, jak go wyświetlać. O Iwonie mówią „Mózgu”. No więc „Mózgu” czyta licencje, techniczne szczegóły, drobny druczek… Ogarnia wszystko, codziennie ucząc się czegoś nowego.

Fot: © Bartek Furdal

Fot: © Bartek Furdal

Bez funduszy ani rusz

Pieniędzy zawsze trochę brakuje. Starania o granty bywają ciężkimi bataliami. Iwona: „Dostajemy odpowiedzi, że ‚projekt bardzo ciekawy’, że ‚przeszedł ileś etapów’, jednak konkurencyjnych inicjatyw w kolejce jest mnóstwo, rywalizacja bywa więc ogromna. Ciężko zwłaszcza o pieniądze na pracę, żeby zatrudnić ludzi.”

Wymówki niedoszłych sponsorów często się powtarzają. Brytyjskie firmy nie chcą wspierać, bo uważają, że festiwal jest kierowany do Polaków. Polskie też nie, „bo to przecież dla Brytyjczyków jest!”

Play Poland zajmuje im cały czas – jak normalna praca. Tyle że nie daje się tego nazwać pracą na pełny etat, bo jest to więcej niż etat. Ani Iwona, ani Mateusz nie pracują zawodowo nad niczym innym, bo nie starcza czasu. Ale z drugiej strony, nie do końca starcza też pieniędzy na to, żeby z tego żyć, więc koło się zapętla… Wierzą jednak głęboko, że „coś z tego będzie”. Mateusz jest artystą i całe życie utrzymywał się z nadziei, że „coś z tego będzie”. Cierpliwość – to hasło klucz. Potencjał projektu jest oczywisty.

W Edynburgu zajmują się wszystkim: od określenia programu, zdobycia funduszy, projektowania materiałów graficznych, po programowanie, dystrybucję i wieszanie wystaw. Działając w 11 miastach na Wyspach, muszą mieć jednak sztab zaufanych ludzi. Poza koordynatorami trzymającymi pieczę nad całościową realizacją projektu, wspomaga ich armia ok. 100 wolontariuszy. W ciągu kilku lat powstała sprawnie działająca machina entuzjastów polskiego kina. „Oczywiście jest pewna rotacja. Nie każdy może pozwolić sobie na długotrwałą współpracę, część ludzi się ‚wykrusza’, ale w ich miejsce zawsze przychodzą nowi.” – mówi Iwona.

Fot: © Bartek Furdal

Fot: © Bartek Furdal

Kamera, ujęcie, akcja!

Pierwsza edycja miała odbyć się w 2010 r., ale okazało się, że tak ogromnego przedsięwzięcia nie uda się zorganizować prędzej, niż w półtora roku. Kilkanaście miesięcy zajęła sama korespondencja z różnego rodzaju organizacjami polonijnymi, kulturalnymi, aby nawiązać współpracę i stworzyć krąg zainteresowanych. „Jako, że był to zupełnie nowy projekt, nikt nas nie znał, to i wiarygodność mieliśmy małą.” – tłumaczy Mateusz.

Organizacja projektu jest ogromnym przedsięwzięciem – terminy, przepisy, stres. Adrenalina sprawia jednak, że przez czas festiwalu „dają radę”. A potem przychodzi euforia; że wyszło, że udało się jeszcze więcej, niż zakładali. To daje siłę, by przetrwać te momenty, kiedy wszyscy ze wszystkimi się kłócą i obiecują sobie, że już nigdy więcej!

Najwspanialsza jest publiczność. To bardzo budujące, że towarzyszą nam ludzie, którzy wiernie uczestniczą w wielu projekcjach, to dodaje nam wiary w siebie… Ale są też i zupełnie nowi kinomaniacy. Oni z kolei przynoszą poczucie rozwoju.

Na projekcje przychodzą i Polacy i Brytyjczycy. Mniej więcej po równo, choć to oczywiście zależy od filmu. Brytyjczykom podoba się polskie kino. Lubią tę inną tematykę, dla nich zarówno świeżą, jak i w jakiś sposób egzotyczną. Kino polskie jest zresztą z roku na rok coraz lepsze, a dzięki temu i PP może zaoferować coraz więcej. W samym 2014 r. takie tytuły jak Ida, Bogowie, Papusza, Chce się żyć przyciągały ludzi jak magnes. W poprzednich latach kino polskie napędzała erupcja kariery Smarzowskiego.

Goście, goście

„Którego z gości było nam najtrudniej ściągnąć? Taki chyba dopiero przed nami” – śmieją się oboje. Faktycznie, szczęście i siła perswazji muszą być po ich stronie. Wielką radością była obecność Bartka Konopki, który za swojego Królika po berlińsku został nominowany do Oscara, czy – w trakcie obecnej edycji – Macieja Pieprzycy, reżysera Chce się żyć oraz aktora Krzysztofa Skoniecznego. Póki co, nie udało się tylko z Romanem Gutkiem, który sympatyzuje z festiwalem, ale poziom zaangażowania we własne obowiązki, nie pozwolił mu jeszcze przyjechać.

Iwona i Mateusz wszystkich gości przyjmują sami, oprowadzają po mieście – a gdy nie ma takiej możliwości – przydzielają wolontariuszy. „Szkocja jest pięknym miejscem i jej siła oddziaływania też robi swoje. Zaproszeni mogą przy okazji uczestnictwa w PP podróżować, pozwiedzać. Poznać kraj. I ochoczo z tego korzystają” – mówią. Bartek Konopka wybrał się aż na Skye. Szukał inspiracji do kolejnych projektów. Tam podobno ją znalazł.

Plany na przyszłość

Play Poland rozwija się i rozwijać będzie nadal. Tegoroczna edycja po raz czwarty utwierdziła ich w przekonaniu, że warto. Co będzie się działo na festiwalu przyszłą jesienią, jeszcze nie zdradzają. Kombinują jednak już teraz. „Festiwal robi się przez cały rok. Dwa finalne miesiące to tylko efekt tej pracy” – przypominają.

Rozmawiali Justyna Sroka i Krzysztof Mielnik-Kośmiderski, fotografie: © Bartek Furdal

emito_net_150