TO NIE FIZYKA KWANTOWA A KRYZYS! O KONDYCJI POLONIJNYCH MEDIÓW

“(…) artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa.

Z Radosławem Zapałowskim, publicystą i felietonistą, który publikuje w NIE, Coolturze, Przeglądzie, PiZGU, i na portalach internetowych, rozmawia Damian Biliński

Damian Biliński: Niezależnie od tego, którą otworzę szafę, szufladę, lodówkę lub zerknę na strych albo do bagażnika samochodu, wszędzie widzę Radosława Zapałowskiego. Czy to fizyka kwantowa?

Radosław Zapałowski: Nie. To konsekwencja kryzysu w mediach. Będąc wolnym strzelcem, bez etatu i jakichkolwiek szans na stałe zatrudnienie, aby się utrzymać muszę produkować artykuły niemal taśmowo i wyrabiać wierszówkę. To jak praca na taśmie w fabryce.

DB: Gdybym napisał w ilu mediach publikujesz, ile redakcji przedrukowuje twoje materiały, ilu potencjalnie masz odbiorców wyszłaby dość kosmiczna liczba. Czy próbowałeś to kiedyś zliczyć?

RZ: Nie sądzę, abym docierał do jakiejś oszałamiającej liczby czytelników. Natłok informacji i autorów jest dziś tak duży, że moje artykuły giną w medialnym zgiełku. Są zagłuszane przez informacyjny szum, który przypomina dworzec kolejowy, gdzie wszystkie głośniki mówią jednocześnie o czymś innym, a do tego niewyraźnie. Mam świadomość, że jestem zwykłym wyrobnikiem, średnim mediaworkerem bez możliwości wpływania na rzeczywistość, a mój głośnik skrzeczy, trzeszczy i znajduje się daleko od medialnego dworca głównego. Ale się staram mimo, że nadaję z prowincjonalnego, mało uczęszczanego peronu (śmiech).

DB: Skoro operujemy nieco kosmiczną terminologią to, czy zastanawiałeś się jaka odległość dzieli przeciętnego czytelnika od dziennikarza?

RZ: Zależy o jakiego dziennikarza chodzi. Czy mówimy o przeciętnym publicyście, dziennikarzu newsowym krajowego dziennika, dziennikarzu pisma lokalnego, dziennikarzu z telewizji czy mówimy
o reporterze?

DB: Pytam w gruncie rzeczy o stan rzeczy, umysłu, świadomości.

RZ: Ta świadomość jest różna w zależności od tego jaką rolę w redakcji pełni ten “przeciętny” dziennikarz. I w jakim miejscu pracuje. Kiedy zaczynałem przygodę z tym zawodem pracowałem w dzienniku lokalnym i większość dnia spędzałem na ulicach, rozmawiając z mieszkańcami i pytając ich o dziury w jezdniach, krzywe chodniki, ceny zabawek, opinie o publicznym transporcie itp. Dziś siedzę głównie za biurkiem i kontaktu z ludźmi już takiego nie mam. Lepiej jednak rozumiem procesy społeczne i polityczne. Teoretycznie odległość między mną a czytelnikami jest większa, ale w praktyce to różnie wygląda. Kiedyś tylko podtykałem dyktafon a mieszkańcy wylewali żale i złość. Dziś wiem, że przysłowiowa dziura w jezdni to często efekt budżetu lokalnego, priorytetów, infrastruktury itp. Nie sądzę żeby odległość między przeciętnym dziennikarzem a odbiorcą się zwiększała. Jest chyba nawet odwrotnie. Dziennikarze pasożytują na społecznych obawach, frustracjach i emocjach. Nie tłumaczą rzeczywistości z jej złożonością i odcieniami. Są więc blisko ludzi, ale niekoniecznie robią dobrą robotę. Stali się stojakami na mikrofony. Z wszelkimi tego konsekwencjami.

DB: To jest oczywiście sprawa względna, ale dzisiejszy przeciętny odbiorca pozyskuje wiedzę z mediów. Czyli od dziennikarza/publicysty.

RZ: To nie jest sprawa względna. To oczywista oczywistość. Zdecydowana większość informacji jakie uzyskujemy i to zarówno w kwestii przyszłości jak i możliwych przyszłości pochodzi bezpośrednio bądź pośrednio z mediów. Od pogody i kursów walut, po analizy trendów politycznych, społecznych i gospodarczych, a od informacji jakie uzyskujemy zależą decyzje jakie podejmujemy. Strumień faktów, opinii i komentarzy, który płynie z mediów to jednak nie tylko informacje, to także najważniejsze i najsilniejsze spoiwo społeczne. To przez media buduje się wspólnota wiedzy o świecie, społeczna mapa poglądów i więzy łączących nas emocji. Media są różne i mają różne treści, ale bez względu na to, jakie reprezentują opcje, włączają nas do wspólnoty. Problem w tym, przy pomocy jakich emocji to robią i do wspólnoty czego. Nie chodzi przecież tylko o wspólnotę wiedzy. Media tworzą także wspólnotę kultury, nie tylko jako kanał dostępu do sztuki, muzyki czy filmu, ale też jako przestrzeń, w której odbywa się istotna część kształtowania relacji międzyludzkich. Media, od kiedy stały się głównym narzędziem masowej komunikacji, mają bardzo istotny udział w propagowaniu stylów myślenia oraz wzorców zachowań. Tylko, że współcześnie różnie z tym bywa. Już Samuel Huntington ostrzegał, że załamanie się elitarnej kontroli nad mediami stanowi zagrożenie nie tylko dla kultury i relacji społecznych, ale też dla demokracji. Zanik takiej kontroli prowadzi bowiem do konfrontacyjnej kultury medialnej i politycznej. Zwłaszcza w krajach śródziemnomorskich, wschodnioeuropejskich i w USA. Dziś problem polega na tym, że same informacje schodzą na poboczny tor. Dziennikarze i publicyści zajmują się dziś głównie generowaniem emocji. Bo łatwiej i taniej je produkować. Problem jest też taki, że średnio dziennikarze nie są dużo mądrzejsi od odbiorców. To jest jeden z powodów, dla których ci odbiorcy nie bardzo szukają kontaktu z mediami. Od mediów oczekują więc głównie rozrywki. Jeśli ludzie chcą poważnej wiedzy i informacji, to nie szukają ich w mediach.

DB: Zatem zejdźmy teraz na ziemię i porozmawiajmy o „dwóch prędkościach”. Przeglądając internet doszukałem się co najmniej 40 polskojęzycznych stron internetowych – z pewnością jest ich więcej – które z mniejszym lub większym sukcesem dostarczają polskiemu emigrantowi informacji. Jaka jest kondycja polskich mediów w Wielkiej Brytanii?

RZ: Liczba polonijnych mediów w Wielkiej Brytanii robi wrażenie. W samym Londynie wychodzi kilka tygodników, a niemal każda miejscowość na Wyspach, gdzie jest większe skupisko Polonii ma swoją małą gazetkę albo portal. Ilość nie przechodzi jednak w jakość. Polonijne media są jak przysłowiowy komentarz na onecie: kiepskie. Na początku, gdy ruszyła wielka fala emigracji, wykonywały świetną robotę, informując o podstawowych rzeczach. Jak znaleźć prace, do którego urzędu się udać, jak zaaplikować na zasiłek itp. Dziś, kiedy Polacy nieco się zaaklimatyzowali, ustabilizowali swoją sytuację zawodową, materialną i społeczną ta forma się wyczerpała. Polonijne media nie mogą już być tylko poradnikami. Starają się znaleźć nową, inną formułę, ale to im nie za bardzo wychodzi.
Z wielu względów.

DB: Czy rozproszenie polskich mediów nie jest jedną z przyczyn słabej integracji polskiego społeczeństwa jako drugiej największej grupy społecznej na Wyspach? Pytanie jest również takie, czy my Polacy takiej integracji potrzebujemy?

RZ: To nie jest rola mediów. I nie sądzę, żeby ich rozproszenie miało jakikolwiek wpływ na słabą integrację nowej emigracji. Ja sam nie jestem wielkim apologetą mitycznego zjednoczenia narodu Polskiego, o czym marzy duża liczba publicystów, zarówno w kraju jak i tutaj. Bo na czym takie ewentualne zjednoczenie i integracja miała by polegać? Na wyznawaniu tych samych wartości i poglądów? To społecznie szkodliwe. Różnorodność tworzy ferment. Pobudza intelektualnie. Uczy tolerancji i szacunku dla “innego”. Problemem nie jest brak integracji Polonii, ale nieumiejętność kooperacji, współpracy. Patologiczny indywidualizm, o czym ciągle przekonuje Janusz Czapiński. Problem Polaków to specyficzny dalekowschodni familizm. Ludzie czują się tam związani głównie z różnymi zamkniętymi grupami. Robert Putnam odkrył, że taki kapitał społeczny ograniczający poczucie wspólnoty do jakiejś zamkniętej grupy jest w perspektywie społecznej szkodliwy. Bo tworzy mury między taką wspólnotą a resztą społeczeństwa. Ten patologiczny indywidualizm jest jednak tak mocno zakorzeniony w polskiej psychice, że uwolnienie się od niego jest prawie niemożliwe. Na emigracji rodzi problemy przy zetknięciu się z przedstawicielami innych kultur i narodowości. I tutaj dopiero pojawia się rola polonijnych mediów, które powinny oswajać emigrantów z nową rzeczywistością. Tłumaczyć inne, kulturowe kody. Objaśniać złożoność problemów społecznych i politycznych. Informować o odmiennej kulturze. Problem polega na tym, że tego nie robią.

DB: Dlaczego polonijne media nie dają rady objaśniać rzeczywistości w UK?

RZ: Głównie ze względu na amatorszczyznę i braki finansowe. Nie chodzi mi jednak o przychody, a raczej wydatki. Zespoły redakcyjne tygodników liczą zaledwie kilka osób. A małe redakcje nie są, fizycznie, w stanie produkować wartościowych treści. Posiłkują się więc często przypadkowymi naturszczykami i grafomanami gotowymi pisać za mityczne „wypromowanie nazwiska”. W efekcie panuje totalna, obezwładniająca amatorszczyzna. Nie tylko artykuły pisane są w koszmarny sposób, ale również ich wartość merytoryczna i intelektualna jest zatrważająco niska. Dodatkowo polskie media w UK przejmują za to najgorsze wzorce „portalozy” i tabloidów, z których zresztą czerpią pełnymi garściami przedrukowując najbardziej bzdurne i absurdalne treści. Reportaż nie istnieje. Publicystyka jest kulawa. Dział kulturalny sprowadza się do przepisywania PRowych notek podsuwanych przez dystrybutora filmu bądź wydawcy książki. Debat o procesach społeczno politycznych w Wielkiej Brytanii, ani nawet na temat tego, co się dzieje w Polsce, nie ma. Tak jak i recenzji spektaklów z brytyjskich teatrów, wystaw, wydawnictw itp. Najsmutniejsze jest jednak to, że chociaż polonijna prasa jest komercyjna bo utrzymuje się z reklam, to jednak nie jest uzależniona od sprzedaży, gdyż zdecydowana większość gazet rozdawana jest za darmo. Może więc być ambitna, nowatorska, poszukująca. Woli jednak brukową treść i prostacki styl. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest wspomniana przez ciebie wcześniej atomizacja i rozproszenie polonijnych mediów. Być może potrzebujemy w UK silnej, dominującej na rynku gazety, która miałaby środki i chęci, żeby zbudować dużą redakcję i wyłowić z rynku ludzi kompetentnych.

DB: Problem nie jest banalny. Dobrze wiemy, że gdyby media wałkowały tematy kulturalne w szerokim oczywiście znaczeniu, to miałby problem z oglądalnością, a w konsekwencji wizją upadku.

RZ: Wpisanie kultury w logikę oglądalności czyli rynku to myślowa aberracja. Oczywiste jest, że gdy dwaj poeci usiądą w zadymionym, ciemnym pomieszczeniu i zaczną napawać się swoją egzaltacją lub gdy socjologowie rozpoczną dyskusję o postmodernizmie w ujęciu dekonstrukcji ponowoczesności, albo gdy telewizja pokaże panel poświęcony temu „Czy zdajemy sobie sprawę z nużących paroksyzmów żeńskiej dojrzałości w ustabilizowanym społeczeństwie, które pod kolorem swobody i wolności jednostkowej skrywa normy kanalizujące próby niestandardowych samorealizacji” (analiza tekstów Deleuze’a i Guattariego) to przed telewizorem wytrzyma tylko garstka. Dlatego właśnie kulturę, a także przy okazji także politykę, należałoby uwolnić z więzów komercyjnych. Tymi dziedzinami powinny zajmować się silne, niezależne zarówno od polityków jak i fanaberii rynkowych, media publiczne.

DB: Gdyby tak się stało, to media publiczne w pewnym sensie miałby monopol na obowiązującą ‘prawdę’, a media komercyjne zajmowałby się tylko szeroko rozumianą rozrywką.

RZ: Myślę, że media komercyjne i publiczne raczej by się uzupełniały. I niekoniecznie doszłoby do ostrego podziału na czysto rozrywkową komercję i „obowiązującą rzeczywistość”. W Wielkiej Brytanii BBC absolutnie dominuje na medialnym rynku w tym sensie, że wytycza standardy i dba o interes publiczny. Nie ma jednak informacyjnego monopolu. Komercyjne stacje na tym polu również działają i przedstawiają odmienne opinie. Silne media publiczne nawet według dyrektywy UE powinny robić to, czego nie robią prywatne. Ich przekaz ma być skierowany przede wszystkim do grupy niekomercyjnej, czyli ludzi, którzy nie żyją w wielkich miastach, nie są wyedukowani, nie zarabiają dobrze, nie są w wieku około 16–40 lat. Media publiczne powinny po prostu propagować treści istotne dla interesu publicznego. A żeby tak było muszą być uwolnienie od logiki rynku.

DB: Tymczasem logika rynku spowodowała zupełnie inny efekt, niż ten o którym mówisz. Porozmawiajmy zatem o „drugiej prędkości”. Niedawno w Polsce rozgorzała dyskusja po tym, jak Grzegorz Miecugow z TVN24 zaproponował taką oto interpretację, że to nie media są słabe, a odbiorca. Jaka jest kondycja polskiego czytelnika?

RZ: TVN 24 to świetny przykład na postępujący kryzys i degrengoladę medialną. Stacja miała być w zamyśle polskim odpowiednikiem CNN a skończyła jako coś na kształt Murdochowego FOX NEWS – populistycznej, tabloidalnej telewizji produkującej informacyjną rozrywkę niskiego sortu. Dwa wydarzenia ukształtowały tę stację i stały się fundamentem jej funkcjonowania oraz sposobu myślenia. Najpierw zamachy na World Trade Center z 11 września, a potem afera Rywina. Oba w olbrzymiej mierze bazujące na emocjach, a przy okazji łatwe w „obróbce”. Zwłaszcza afera Rywina stała się informacyjnym tasiemcem, newsową operą mydlaną, która przy okazji przeorała świadomość medialną i polityczną w Polsce. Jak słusznie zauważył Jacek Żakowski, ta nieco operetkowa aferka stała się najpoważniejszą w skutkach aferą III RP, bo uwolniła trzeszczące w wielu miejscach napięcia polskiej polityki i wyzwoliła negatywne społeczne energie, które od dawna rosły, nie mogąc znaleźć ujścia. Liczyła się intensywność spektaklu transmitowanych obrad komisji śledczej. Drobne nieścisłości, niezręczności, niekonsekwencje w zeznaniach świadków żyły własnym życiem i działały osobno. Powstał aferalno – rozrywkowy przemysł łączący reporterów, publicystów, komentatorów, prezenterów, reżyserów, wydawców, producentów, nadawców, polityków, partyjny personel, ekspertów i doradców. A epicentrum tego medialnego wybuchu była TVN 24, która osiągnęła perfekcję w generowaniu afer i emocji z byle czego oraz w nadawaniu niebywałych znaczeń kompletnie nieistotnym detalom i zdarzeniom. To wszystko zamieniło polską politykę z mechanizmu rozwiązywania problemów i zarządzania państwem w mechanizm omijania problemów i zarządzania emocjami ludności. Zmieniło też media informacyjne, które stały się dominującym producentem emocjonalnych, niskich treści. Miecugow ma trochę racji twierdząc, że odbiorcy z chęcią tę medialną papkę przeżuwają, ale jest to konsekwencją tego, że takich widzów TVN 24 w jakiś sposób ukształtował. Media, a zwłaszcza telewizja kreują obraz świata, który utwardza się w głowach odbiorców. Ludzie szybko przyzwyczają się do ogólnej narracji. A dodatkowo w Polsce nie mają większego wyboru, gdyż wszystkie inne media naśladują TVN. Dlatego tak ważna jest rola mediów publicznych, które powinny równoważyć szaleństwo stacji komercyjnych. Powinny, zwłaszcza w czasach infotainmentu, charakteryzujących się wypłukiwaniem wszystkiego, co wartościowe w komunikacji zbiorowej przez rozrywkę, dostarczać rzetelnej informacji i wzorców kulturowych. A w kraju nie mogą, bo od lat są systematycznie i z premedytacją osłabiane przez polityczny establishment.

DB: BBC też zdarzają się wpadki i to całkiem poważne. Afera podsłuchowa w Wielkiej Brytanii też przewartościowała obraz medialny w UK. Niestety, proces komercjalizacji mediów chyba jest nie do odwrócenia. Czy zatem czytelnik, a nawet dzisiejsze pokolenie, ma szansę na normalną, poważną debatę?

RZ: Rzeczywiście ostatnie miesiące dla BBC były ciężkie. O ile jednak afera pedofilska, choć medialne nośna i wzbudzająca społeczne oburzenie z rzetelnością dziennikarską publicznego nadawcy nie miała nic wspólnego, o tyle insynuacje jakoby zasiadający w Izbie Lordów Alistair McAlpine również był pedofilem już jak najbardziej. Ten drugi przypadek uzmysłowił, że nawet dbająca o standardy rzetelności, stawiana za wzór do naśladowania wszystkim studentom dziennikarstwa, najpoważniejsza instytucja medialna na świecie czasem używa tabloidalnej narracji. Podkręcając informację, aby zwiększyć efekt. Publiczna telewizja wpadła tutaj w pułapkę współczesności. Ciągła rywalizacja na oglądalność z prywatnymi mediami, którą odczuwają dziennikarze BBC potęguje presję na newsa. Różnica między rynkiem medialnym w Polsce a w Wielkiej Brytanii polega jednak na tym, że na Wyspach afery i skandale stają się kołem zamachowym zmian. Są szokową terapią, która poprawia stan rzeczywistości. Reforma BBC to kwestia czasu. Zaś konsekwencją afery podsłuchowej było nie tylko zatrzymanie triumfalnego pochodu Ruperta Murdocha, który musiał zrezygnować z całkowitego przejęcia BSkyB czyli pozycji monopolisty na rynku rozrywki telewizyjnej, ale również ograniczenie jego politycznych wpływów na brytyjskie elity. Do tego jeszcze powołano komisję Levesona, która niedawno zaproponowała rewolucyjne regulacje rynku medialnego. I wywołała przy okazji zarówno polityczną debatę w rządzącej koalicji jak i spory na Fleet St. W konsekwencji w Wielkiej Brytanii mamy dziś, mimo postępującej komercjalizacji, poważną, rzeczową dyskusję na temat mediów, polityki i samej demokracji.

DB: Spora część twojej publicystyki to analiza i krytyka rzeczywistości medialno-politycznej. Czy przeciętny współczesny polski odbiorca na Wyspach, dodam, odbiorca, który w/g różnych statystyk językiem angielskim posługuje się niewystarczająco, czy ów czytelnik potrzebuje takiej treści? Nie pytam o treść twoich artykułów, ale o treść w ogóle?

RZ: Zajmuję się głównie polityką, społeczeństwem i mediami, bo chociaż to niby oddzielne kwestie to jednak tworzą wspólnie praktycznie całą układankę współczesnej demokracji. Są trójkątem pochłaniającym niemal w całości rzeczywistość. Do tego wzajemnie na siebie oddziałują i inspirują. Dobrym przykładem obrazującym ten mechanizm była kwestia „papierowych małżeństw” zawieranych w Wielkiej Brytanii, którą wałkowano kilka miesięcy temu. Problem nielegalnej emigracji do UK to po prostu społeczny fakt. Media mogą jednak informować o tym w różny sposób. Albo w tabloidalnym stylu strasząc obcymi i piętnując nielegalne działania czyli grając na emocjach i prostych instynktach. Albo przekazując maksymalny obraz rzeczywistości. Z całą jej złożonością i różnymi odcieniami szarości. Rola rządzących polega zaś na prowadzeniu polityki. Polityki rozumianej nie jako gry pozbawionej treści, wartości i wpływu na życie realnie istniejących ludzi bazującej na emocjach, ale jako mechanizm rozwiązywania społecznych problemów. Gdy jednak dominuje tabloidalna narracja medialna, polityka również staje się tabloidalna. Jałowa, pusta i przede wszystkim nieskuteczna. Co z tego, że premier ogłosi program „zero tolerancji dla nielegalnych” skoro ewentualna deportacja ponad siedmiuset tysięcy niezarejestrowanych imigrantów zajęłaby Wielkiej Brytanii 34 lata i kosztowała dziewięć miliardów funtów? I Polak na Wyspach, zwłaszcza ten, który nie najlepiej radzi sobie z angielskim i który wiedzę o UK paradoksalnie czerpie z mediów w Polsce, siłą rzeczy upraszczających rzeczywistość i posługujących się stereotypami, tym bardziej powinien mieć możliwość poznania szerszego kontekstu. Bo w końcu jest nas tutaj oficjalnie prawie 800 tys. i uczestniczymy bądź już wkrótce zaczniemy uczestniczyć w brytyjskim życiu społeczno – politycznym. A żeby funkcjonować tutaj świadomie musimy być wyposażeni chociaż w podstawowe kulturowe i społeczne kompetencje.

DB: Słupki w mediach rosną na widok krwi, śmierci, bijatyk, niekiedy na widok chamstwa albo po prostu, gdy temat jest lekki i strawny. Z kolei poważna publicystyka trafia do kilku zaledwie procent. Niektórzy z tego powodu rozpaczają, podnoszą lament, ale być może zawsze tak było?

RZ: Krwawe spektakle zawsze przyciągały większą liczbę gapiów niż dysputy uczonych. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zaś debata o mediach toczy się co najmniej od 1833 roku, kiedy to w Stanach Zjednoczonych pojawił się New York Sun – pierwszy w historii brukowiec. Wcześniej prasa skierowana była głównie do arystokracji i wyższych klas społecznych, gdzie pojawiały się tylko i wyłącznie zawiłe, długie eseje opisujące świat polityki, nauki oraz wysokiej kultury kompletnie niezrozumiałe i nieinteresujące dla większości społeczeństwa. Pojawienie się „penny press” w jakimś sensie rozbiło informacyjny monopol kładąc nacisk raczej na interes ogółu, a nie uprzywilejowanych klas społecznych. Na łamach prasy codziennej pojawiły się lokalne morderstwa, lokalna polityka, klęski żywiołowe czy teksty opisujące borykanie się tzw. zwykłego człowieka z codziennymi problemami. Krew, śmierć, bijatyki, pijaństwo i chamstwo. Ale z drugiej strony to była rewolucja. Informacyjne wykluczenie zdecydowanej większości społeczeństwa dobiegło końca. Prasa brukowa sama w sobie nie jest problemem. O wiele większe obawy powinien, bowiem budzić fakt, że tabloidalne wzorce przejmują media głównego nurtu, a brukowa kultura z obrzeży współczesności triumfalnie wkracza do samego centrum debaty publicznej, stając się jej kołem zamachowym. Jednak dominujący elitaryzm jest równie niebezpieczny społecznie. Kulturowa, polityczna i intelektualna dyktatura, społeczny imperatyw elit, którego nie można kwestionować, niezmienność zasad, reguł i brak podważania dogmatów doprowadziła w końcu do ostatniego kryzysu. Zarówno w Polsce jak i w Wielkiej Brytanii przez całe lata 90 polityczno-ekonomicznym kanonem, religią niepodlegającą żadnej dyskusji wyznawaną przez wszystkie obozy polityczne, elity i media głównego nurtu był prostacki neoliberalizm, którego efektem była społeczna katastrofa i wyrzucenie poza społeczny nawias olbrzymiej liczby ludzi. Taki elitaryzm powoduje myślową gnuśność, konserwuje stary porządek, wspiera stagnację i w dłuższej perspektywie kończy się kryzysem. Cała sztuka polega na znalezieniu balansu. Społeczno – medialno – politycznej równowagi. To istna kwadratura koła. Dlatego, wbrew powszechnej opinii, uważam, że polityk to niezwykle wymagający i niewdzięczny zawód. Wymagania olbrzymie, krytyka permanentna, możliwości małe. Nic dziwnego, że w historii świata tak niewielu było prawdziwych mężów stanu.

DB: Jak wygląda dzień pracy Radosława Zapałowskiego? Czy liczba wypalonych papierosów, ilość spożytej kofeiny, stresu z powodu upływającego czasu przekłada się na zadośćuczynienie? Bo jak sam wspomniałeś o etat w dzisiejszym mediach trudno.

RZ: Zaletą bycia wolnym strzelcem jest to, że człowiek pracuje kiedy chce. Wadą, że w praktyce cały czas jest w pracy. Większość czasu spędzam na czytaniu, absorbowaniu informacji i ich przetwarzaniu. Dzień pracy zaczynam od lektury brytyjskiej prasy. Najpierw Guardian potem Times. Dalej serwis internetowy BBC, strony rządowe, portale partyjne, komunikaty think tanków. Jeśli zdecyduję się na jakiś poważny temat odwiedzam uniwersytecką bibliotekę i przeglądam publikacje naukowe. Staram się też chodzić na otwarte wykłady, panele dyskusyjne, konferencje i debaty. Samo pisanie to ostatni etap tego całego procesu. I wbrew pozorom wcale nie najprzyjemniejszy. Po skończeniu tekstu zamiast satysfakcji mam poczucie ulgi. I zabieram się za kolejny temat, bo deadliny gonią.

Koniec części I

Rozmawiał: Damian Biliński
Na fotografii: Radosław Zapałowski

Rozmowa została przeprowadzona w styczniu 2013 roku

1 komentuj
  1. Lilian
    Lilian says:

    Le mieux c'est qu'on reconnait là un plaisir départemental de notre cher département des Yvelines !!!Je suis avec toi de tout coS3uetell&#r9; qui a monté des skis sous les roues de sa poussette !

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *