» Katarzyna Majewicz

Z Polakiem mieszkającym w Londynie, który zaciągnął się do Ochotniczego Batalionu „Donbas”, rozmawia Katarzyna Majewicz. (Na zdjęciu: jeden z dowódców Ochotniczego Batalionu „Donbas”(P), Polak, który zaciągnął się do ochotniczej armii oraz jeden z oficerów batalionu).

_________________________________________________________________________________________

Co miało wpływ na Twoją decyzję o przyłączeniu się do ochotniczego Batalionu „Donbas”?
– Było kilka przyczyn, w tym również osobiste. Od razu też uprzedzę, że decyzję tą podejmowałem długo i dogłębnie ją przemyślałem. W każdym z nas jest instynkt samozachowawczy, który objawia się wewnętrznym głosem. W moim przypadku było tak: „’It’s, crazy’”, tam można popaść w naprawdę duże problemy, można nie ‚wrócić’. Tyle, że myśl o wyjeździe wracała jak bumerang codziennie. W końcu po przeczytaniu i obejrzeniu relacji z Iłowajska, gdzie batalion będąc w okrążeniu przeszedł piekło, postanowiłem, że jednak jadę. Duży wpływ na to miały też propagandowe filmy, oficjalnej rosyjskiej telewizji. Łatwo je znaleźć w Internecie. Ciężko mi było uwierzyć, że żołnierze-ochotnicy walczący o swoje państwo krzyżują na ulicach dzieci, gwałcą tysiące kobiet, kradną i zabijają w imię wyższości ich rasy… Zastanawiałem się o jaką wyższość chodzi, nad jakim narodem? Przecież Ukraińcy to jeden naród, tyle że posługujący się dwoma językami. Zobaczyłem stek bzdur, kłamstw i pomówień i byłem pewien, że sposób w jaki przedstawia się tam ukraińską rewolucję, to typowy „czarny pijar”. Kroplą, która przelała kielich, była informacja o tym, że jakiś Polak pojechał z Londynu do Doniecka walczyć z kijowską juntą, faszystami i banderowcami, którzy napadli na Donieck. Jestem przekonany, że dla kogoś postronnego zarówno ja, jak i on jesteśmy postrzegani jako osoby niezrównoważone…, tyle że on przy tym jest idiotą, a ja nie.

Czy na Ukrainie mieszkają Twoi bliscy, przyjaciele…?
– Mój dziadek był Ukraińcem. Miałem też tu dobrych znajomych, moje kontakty z Ukrainą były zażyłe. Często tu przyjeżdżałem. Teraz mam innych przyjaciół. To trudno opisać, ale jest to taki rodzaj przyjaźni, który bez względu na cokolwiek przetrwa wszystko. To bardzo ważne, szczególnie gdy przyjeżdża się ze świata, w którym jedynym wyznacznikiem statusu i jakości jest pieniądz. Stosunki miedzy ludźmi w batalionie to coś czego się już w zachodnim świecie nie spotyka.

Jak wyglądała rekrutacja wolontariuszy od momentu odpowiedzi na ogłoszenie dostępne w sieci?
– Tutaj muszę wyjaśnić kilka kwestii, które w tym pytaniu zostały ze sobą pomylone. Po pierwsze nie ma żadnych ogłoszeń rekrutacyjnych. Jest ankieta na oficjalnej stronie batalionu, którą się wypełnia. Ankieta dla wolontariuszy i ankieta dla ochotników. Bo to nie to samo. Wolontariusze to zwykli ludzie, naród Ukrainy, który pomaga żołnierzom-ochotnikom. Wolontariusze działają w oficjalnych organizacjach, funduszach. Zbierają pieniądze, szyją mundury, dają samochody, jedzenie odzież, wszystko to, co tylko może się przydać tym, którzy zgłosili się na ochotnika bronić ojczyzny przed rosyjską agresją. Ochotników sprawdza się czy byli karani, czy nie mają problemów z nałogami, czy się nadają. Teraz na Ukrainie jest taka sytuacja, że naród utrzymuje swoją armię. Jak by to nie brzmiało, to naprawdę wzruszające. I żołnierze naszego batalionu doceniają to. Był przecież taki moment, że polski rząd robił problemy z zakupem i sprzedażą kamizelek kuloodpornych, wówczas wolontariusze przechodzili przez granicę przenosząc na sobie po jednej kamizelce, bo to było zgodne z prawem.

Zależało im, by ich żołnierze byli choć trochę lepiej chronieni. Trudno opisać słowami, ile w tym wszystkim jest poświecenia. W stosunku do cudzoziemców decyzje podejmuje się o wiele dużej, bo na miejscu chętnych, którzy chcą wstąpić do batalionu jest dużo. Tak było też w moim wypadku. Nie znali mnie. Otrzymałem informację, że decyzja zostanie podjęta na miejscu… Zorganizowano spotkanie z z-cą dowódcy batalionu pseud. „Swat”, które trwało trzy godziny. Zresztą tak na marginesie muszę powiedzieć, że to wyjątkowej wagi człowiek, świetny organizator i bardzo oddany patriota. Ostateczna decyzja jednak została podjęta kolejnego dnia, kiedy przyjechał po mnie i zabrał mnie do bazy pod Kijowem. Jeszcze tego samego dnia dostałem mundur a brakujące oporządzenie dla mnie „chłopaki” zebrali miedzy sobą. Przyjęto mnie ze zdziwieniem, szacunkiem i wdzięcznością. Co wprowadzało mnie w zakłopotanie zresztą. Oni są dla mnie wyjątkowo życzliwi. Opowiadają swoje historie. Mają taką potrzebę by ktoś z zewnątrz tego wysłuchał.

Nie obawiasz się, że służba w obcej armii podlega odpowiedzialności karnej w Polsce?
– Obawiam się, ale nie myślę o tym specjalnie. Ta armia jest specyficzna. Te bataliony to takie pospolite ruszenie ludzi bardzo silnie zmotywowanych i broniących swojej ojczyzny. Pełny przekrój ukraińskiego społeczeństwa: biznesmeni, prawnicy, studenci, robotnicy, farmerzy, ale też dużo wojskowych. Łączy ich nieufność do dowództwa ukraińskiej armii, które zawiodło wiosną i latem. Przeważająca cześć batalionu to ludzie z zajętego przez separatystów Doniecka i Ługańska. Ludzie Ci stracili wszystko, ale pozostawili część bliskich na tamtych terenach. Dla bezpieczeństwa tych, którzy tam zostali, wszyscy w batalionie posługują się pseudonimami.

Czy trudno jest/będzie Ci złamać normę moralną „nie zabijaj”?
– Nie wiem… Przyjechałem tutaj nie zabijać a bronić państwa, którego los nie jest mi obojętny, i które zostało oszukane nic nie znaczącymi gwarancjami zachowania niepodległości granic w zamian za oddanie broni jądrowej. W 1994r. na mocy budapesztańskiego memorandum Ukraińcy zrzekli się arsenału jądrowego. Gwarantami były Rosja, Stany i Anglia. To ile warte były te gwarancje, łatwo dostrzec dzisiaj. Uśmiecham się szyderczo, jeżeli słyszę, że Polacy ze względu na sojusz z NATO mogą się czuć bezpieczni….

Jaka jest liczebność batalionu?
Około 800 osób, z tym że w gotowości bojowej obecnie około 400. Pozostali to znajdujący się w niewoli, zaginięci, jak również na rekonwalescencji… Sto procent stanowią ochotnicy.

Codzienność w batalionie to trudne warunki bytowe i ciężkie treningi na poligonie. Jaki to ma wpływ na psychikę ochotników?
– Ludzie są bardzo silnie zmotywowani i jest bardzo wysokie morale. Nie widzę by miało to jakikolwiek negatywny wpływ na psychikę. Na odwrót , bardziej nas ze sobą wiąże.

Batalion jest wielonarodowy, ilu jest w nim Polaków?
– Mówienie, że batalion jest wielonarodowy, to trochę nadużycie które może być wykorzystywane przez rosyjską propagandę. Bo wiadomo jak „innostraniec”, znaczy „najemnik”. Jestem jedynym Polakiem w batalionie, był tu Amerykanin o ukraińskich korzeniach, ale niestety poległ. Jest kilku Gruzinów, dwóch Białorusinów, Rosjanin. Nie dostajemy żadnego wynagrodzenia. Ukraińscy członkowie batalionu otrzymują symbolicznie mniej niż tysiąc hrywien, czyli około 40 funtów miesięcznie. Dodatkowo cudzoziemcy nie są ubezpieczeni na wypadek kalectwa. Pełna dobrowolność. Za to mamy ukraińskich przyjaciół i satysfakcję. Najwyższą wartością jest właśnie gotowość do poświęcenia, bezinteresowność i przyjacielskie relacje. Propaganda rosyjska nie bardzo wie co z tym fantem zrobić, więc nazywa nas „karatielnymi” batalionami, co ma mieć konotacje ze specjalnymi batalionami SS z okresu II wojny światowej, które mordowały ludność cywilną. Bo według tej propagandy, skoro nie jesteśmy tu by zarabiać, to jesteśmy, bo kochamy gwałcić i mordować. Takie oczernianie ideowych ludzi, patriotów jest na porządku dziennym. Ostatnio wyczytaliśmy w mediach rosyjskich, które są tu ogólnie dostępne, że jesteśmy zmotywowani usługami seksualnymi. Informacja brzmiała, że „ukraińskie kobiety oddają się nam za 10 hrywien”. A szczytem polityki oczernia nas był spot, który ukazuje się w rosyjskiej telewizji, na którym przy akompaniamencie hitlerowskiego marszu podawana jest informacja, że każdy z członków batalionu po zdobyciu Donbasu dostanie ziemię i minimum… dwóch niewolników. Nie żartuję. Widziałem ten film. Taką propagandą karmią w Rosji i Donbasie ludzi. „Chłopaki” się śmieją, że mi jako polskiemu „najemnikowi” przypadnie nieco więcej, bo 10 „rabów” [w jęz. polskim „niewolnik – przyp. red.]. Zresztą najlepszym przykładem tego, jak działa tutaj propaganda jest historia jednego z oficerów batalionu w stopniu kapitana, pseud. „Sonia”, który startował w wyborach, ale jakiś czas temu służył także w wojskach rakietowych. Jego życiorys można było przeczytać w Internecie. Ktoś tam przeczytał…, skojarzył fakty na stronie „jednoklasistów” [odpowiednik polskiego portalu „nasza klasa” – przyp. red.], dołączył zdjęcie wyrzutni rakiet, jakie umieścił kolega „Sonii”, a potem jeszcze dopisał, że jako „karatiel” Batalionu „Donbas”, „Sonia” był w okolicy zestrzelenia malezyjskiego boeinga. Efekt był taki, że któregoś dnia otrzymał on kilkanaście telefonów z pytaniami „Co czuje i jak doszło do tego, że zestrzelił boeninga?”.
Chłopak zgłupiał. Okazało się, że na jednym z najbardziej poczytnych rosyjskich portali jest o nim artykuł ze zdjęciem, a w nim czarno na białym, że zestrzelił pasażerski samolot.
Przecież to takie proste… Był w wojskach rakietowych, miał do czynienia „Bukami” i był w pobliżu miejsca zestrzelenia samolotu…, tyle, że miesiąc później… Informacja nadal jest w sieci, dokładnie w 4 minucie i 43 sekundzie filmu. (Kliknij obraz i zobacz video)

polak walczy na ukrainie_01

Jakie jest uzbrojenie batalionu, czy dysponujecie ciężkim sprzętem?
Niestety nie dysponujemy. Mamy tylko broń strzelecką, to jest przyczyną dużych strat. Może to się zmieni, choć sceptycznie do tego podchodzę.

Obecne wydarzenia przywodzą na myśl wojnie w Bośni i Hercegowinie z lat 90., podczas której europejscy patrioci i nacjonaliści stanęli przeciw sobie. Czy w tej również stanęli przeciw sobie Polacy po obu stronach?

– To nietrafna analogia. To agresja mocarstwa na niepodległe, słabsze państwo. To co się tu teraz dzieje przypomina raczej rozbicie Czechosłowacji w 1938 roku za pomocą mniejszości, Niemców sudeckich, najpierw nastapiło przejęcie Sudetów z fortyfikacjami i zakładami zbrojeniowymi, a potem demontaż państwa. Ale powtórka z historii się nie udała, bo Ukraińcy stanęli do walki niczym pospolite ruszenie mimo początkowej bierności ich armii. Wszyscy Ukraińcy, Ci rosyjsko-języczni jako pierwsi. Tutaj nie ma problemu tożsamości Ukraińców. To rzecz rozdmuchana przez Moskwę, ponieważ ludzie w większości czują się Ukraińcami. Tu nie ma brygad międzynarodowych, tłumów cudzoziemców, lecz są „najemnicy” walczący po stronie separatystów, głównie z terenów byłego ZSRR. Jest tam też kilku Francuzów, Czeczeńcy Kadyrowa oraz „rodak”, jakiś polski studencik nauk politycznych, który też się gdzieś tam przypętał i powiela rosyjską propagandę huncie z Kijowa, bo oni oczywiście od razu takiego „rodzynka” wyłapują i na cały świat pokazują, jako obiektywnego specjalistę spraw międzynarodowych, a ja się muszę za niego potem wstydzić, i opowiadać, że „głupich nie sieją, sami się rodzą.”

Co trzeba zrobić by na Donbasie doszło do pokoju?
– Pokoju nie będzie póki Rosją rządzi obecna ekipa polityczna. Niestety w najbliższych dniach dojdzie do eskalacji konfliktu. To tutaj wiedzą już wszyscy. Rosjanie będą atakować. Oni chcą lądowego połączenia z Krymem kosztem ogromnych terytoriów wschodniej Ukrainy.

Czego Ci życzyć ?
– Mnie niczego… Życzyłbym politykom, aby przejrzeli na oczy, że Polacy walczą gdzieś w dalekim Afganistanie, a nasz przyjazny nam sąsiad „za miedzą” znajduje się w niebezpieczeństwie. Tymczasem my mamy dylemat, czy Ukraińcom sprzedać kamizelki kuloodporne dla ochotników…

Katarzyna Majewicz
Fot. Archiwum Ochotniczy Batalion „Donbas”

Sharing is caring!