Przeciętny Brytyjczyk nie zdaje sobie sprawy z faktu, jak wiele rzeczy, które znajduje w sklepach (i nie tylko) pochodzi z Polski. Począwszy od żywności, na… jachtach skończywszy.

______________________________________________________________________________________________________________________

Czasem robię catering na jachtach na południowym wybrzeżu Anglii. Zawsze patrzę na nie z wielką zazdrością i plotkujemy wśród ekipy o tym, ile to wszystko musiało kosztować. Raz jeden z gości zagadnął mnie, skąd jestem. Jak usłyszał, że z Polski, to pochwalił: „Świetne jachty i świetna kuchnia”. Popatrzyłam w Internecie i faktycznie, te wielkie, piękne jachty produkuje się w Polsce – śmieje się Mariola, kucharka z 12-letnim stażem z Southport, która rozpoznaje już polskie marki i szacuje, że 70 proc. jachtów w UK pochodzi z Polski.

95 proc. na eksport

– Jesteśmy największą firmą na świecie produkującą seryjnie duże katamarany – chwali się Francis Lapp, założyciel gdańskiego Sunreef Yachts. Firma nie ma jednak monopolu, bo łącznie firm z tego sektora jest w Polsce ok. tysiąca. 95 proc. tego, co produkuje się nad Wisłą idzie na eksport, głównie do Niemiec, Francji, krajów skandynawskich i Wielkiej Brytanii. Nawet Lech Wałęsa jeździ na zagraniczne targi jachtów, by okazać wsparcie dla tego sektora. Za granicę chętnie sprzedaje też Galeon ze Straszyna czy Delta Yachts, które co roku produkuje 150 jachtów żaglowych i 1000 motorowych.

– Paradoksalnie bardzo nam pomaga to, że w Polsce w ogóle nie ma zbytu na takie łodzie. Zresztą popyt na wszystkie łodzie kończy się u nas od lat 90. – tłumaczy 26-letni Jacek, który pomaga ojcu w naprawie i budowie łodzi w warsztacie w Mikołajkach. – Jak chce się pracować, to trzeba szukać za granicą. I tak z konieczności zaczęliśmy jeździć z tymi łódkami po świecie, ogłaszać się w Internecie – mówi.

Nie jest im trudno znaleźć klientów za granicą, bo mają konkurencyjne ceny, zachowując przy tym wysoką jakość. – Nawet, jakby ktoś znalazł producenta jachtów w Chinach, który by oferował zadowalającą jakość i spełniał normy bezpieczeństwa, to pamiętajmy, że transport wielkiej łodzi z Chin mógłby trwać tygodniami i kosztować krocie. Nie opłaca się – tłumaczy Jacek. Atutem polskiego przemysłu łodziowego jest też to, że mamy nad Wisłą dużo wolnych mocy przerobowych – polskie stocznie na gwałt szukają zajęcia.

Ile kosztuje ta elegancka łódź? Od 4 tys. do… 4 mln euro. Klienci to niemal wyłącznie osoby znane ze świata biznesu. Innych, na własne jacuzzi, lądowisko dla helikopterów czy garaż na pokładzie, zwyczajnie nie stać.

Jabłka do Singapuru

– Ciągle próbuje się wymyślać na siłę akcje np., że logo polski to latawiec, a tymczasem my się mamy czym pochwalić, tylko nikt o tym nie wie. Słyszałam tylko, że produkujemy jabłka – dziwi się Karolina, 30-latka z Londynu. Rzeczywiście, o polskich jabłkach usłyszeliśmy przy okazji rosyjskiego embarga, gdy cały świat żył akcją „Jedz jabłka na złość Putinowi”. Jesteśmy pod względem wielkości produkcji tego owocu światowym potentatem. Polskie jabłka trafiają już m.in. do Kanady i Singapuru. – Szkoda, że ludzie już zapomnieli o tym patriotyzmie i znów wolą pójść do supermarketu i kupić jabłka z Chin – zauważa Katarzyna Grzyb, sprzedawczyni z warszawskiej Saskiej Kępy. Jej zdaniem, polskie jabłka są smaczniejsze i o wiele zdrowsze.

Kuchnia chińska z Polski

Jesteśmy jednym z największych na świecie (i największym w Europie) eksporterów grzybów. – Niemcy kupują od nas głównie świeże kurki i borowiki, Francuzi – kurki, Włosi lubią prawdziwki. Grzyby suszone produkowane są głównie na rynek krajowy, bo są zakorzenione w polskiej tradycji i kuchni. Częściowo wysyłamy je też do krajów, gdzie znajduje się liczna Polonia, czyli do Wielkiej Brytanii, Niemiec i oczywiście USA – wyjaśnia Małgorzata Skurczewska, ze skupu grzybów w Brusach. Ale to nie wszystko. Eksportujemy też na potęgę grzyby… azjatyckie. – Początkowo w naszym asortymencie były tylko boczniaki, zaś od roku 2003, korzystając z doświadczeń producentów z Europy Zachodniej, rozpoczęliśmy hodowlę oraz eksport shitake – tłumaczy hodowca grzybów spod Wolsztyna.

To z Polski pochodzi duża część grzybów mun, shitake i maitake, które trafiają na stoły za granicą. – Nie wierzę – mówi Piotr z Warszawy, którego zaczepiamy w alejce z żywnością azjatycką w jednym z marketów w Liverpoolu. Po obejrzeniu opakowania grzybów mun, na którym faktycznie widnieje informacja, że są z Polski, przekonuje się. Producenci tłumaczą, że azjatyckie grzyby są droższe w uprawie niż zwykłe pieczarki, a poza tym, im większy rynek, tym niższa cena, a w Polsce wciąż jest mało amatorów kuchni japońskiej czy chińskiej. Na warunki zachodnie grzyby te nie są drogie, w Polsce niestety nie każdego na nie stać. Polskie grzyby cieszą się na świecie renomą, bo te sprowadzane z Chin mogą zawierać ołów czy rtęć (chłoną je z gleby). A w Polsce obowiązują unijne normy.

IKEA znad Wisły

Polska jest ósmym na świecie producentem mebli i czwartym krajem pod względem wartości eksportu stołów, szaf i innych sprzętów domowych. Wyprzedzają nas tylko Chiny, Włochy i Niemcy. W dużej części odpowiada za to fakt, że znaczną część produkcji do Polski przeniosła szwedzka IKEA. Ale nie tylko – również lokalne marki mają popyt w UK czy USA. – Prowadzimy z mężem gabinet medycyny estetycznej w Londynie. Gdy urządzaliśmy salon, ciągle powtarzał mi „tylko włoskie meble”. W końcu je kupił. A miesiąc później przeczytałam, że te włoskie meble produkuje się w Polsce – śmieje się Marzena, 50-latka z Londynu.

Mamy też znaczących eksporterów foteli na… stadiony piłkarskie, twórców stołów na zamówienie czy projektantów designerskich sprzętów. W Europie kupuje się polskie meble z lat 60. czy 70., choć już na mniejszą skalę. – W Szwecji czy Norwegii takie piękne sprzęty z historią kosztują fortunę. W Polsce nadal się zdarza, że krzesło od znanego w latach 60. projektanta stoi obok śmietnika na osiedlu, bo ktoś pozbywał się mebli po babci i nie wiedział, z czym ma do czynienia – mówi 35-letni Marek, który na własną rękę odnawia takie sprzęty i sprzedaje na zagranicznych serwisach aukcyjnych, nawet za kilkaset euro. Większość polskiego rynku meblowego pracuje jednak na cudzą renomę. Na świecie kojarzony jest szwedzki styl IKEA, mimo że to z Polski pochodzą ich wyroby. Podobnie jest z włoskimi meblami spod Warszawy, czy „niemiecką jakością” ze Szczecina.

Polska jest też największym producentem AGD w Europie. Mamy zakłady wiodących światowych marek we Wrocławiu, Radomsku, Oławie, Łodzi, Świdnicy i Żarowie, a Whirpool działa na bazie przejętego w 2002 r. Polara. – Brytyjczycy nie mają pojęcia, że gdy mówią o „niemieckiej jakości” takich sprzętów, to mają na myśli często pralki czy suszarki wyprodukowane w Polsce – zauważa Marek, który w Londynie zajmuje się naprawą AGD. – No cóż, jeśli my się tym nie chwalimy, to kto ma to za nas zrobić – podkreśla i rozkłada ręce.

Sonia Grodek | Goniec.com

goniec_150