„Romantycy czasami muszą powiedzieć światu: całujcie mnie wszyscy w dupę”

» Dorota Kosko

Nietuzinkowy raper, jedna z ciekawszych postaci na polskiej scenie muzycznej. Szersze grono słuchaczy miało okazję poznać jego umiejętności podczas drugiej edycji „Żywego Rapu“, gdzie zasłużenie przeszedł do finału. Piotr „Lajt“ Brzozowski, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Tarnowie, miał okazję zagrać niedawno w Londynie. To z kolei daje dobre rokowania na przyszłość – jest szansa, że w Wielkiej Brytanii pojawi się coraz więcej polskich raperów z „wyższej półki“.

________________________________________________________________________________________________________

Dorota Kosko: Jak Ci się podobało w Londynie i w jakich okolicznościach się tu pojawiłeś?

Lajt: Pojawiła się okazja zagrania supportu przed O.S.T.R. Tafel, z którym obecnie pracuję nad krążkiem, przebywa obecnie na Wyspach, zadzwonił do mnie, kupiliśmy bilet, wsiadłem, przyjechałem. Co do Londynu – niesamowite miasto zapierające dech w piersiach. Niestety nie zdążyłem zbyt wiele zobaczyć, bo cały czas aktywnie działaliśmy rapowo (koncert, pisanie, nagrywka, klip). Do tej pory np. Warszawa wydawała mi się duża – zmieniłem jednak zdanie. Camden rozwaliło mi czaszkę, tylu ludzi, kultur, odpałów w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Najbardziej spodobało mi się to, że nikt na nikogo nie patrzy. Przykładem będzie londyńskie metro – wsiada pijany jak bela, rozdarty kibic, wydziera się – wszyscy dalej wpatrzeni w książki, tablety, tak jakby się nic nie wydarzyło. Mogłem swobodnie rozmawiać, śmiać się, czy cokolwiek bez uczucia, że „ktoś na mnie dziwnie patrzy”.

DK: „Sky is the limit” nabrało tu przy okazji nowego znaczenia – jak wrażenia z lotu na Wyspy?

Lajt: Kupa w gaciach (śmiech). A tak na poważnie – kolejna fajka celów życiowych odhaczona. Pozostało tylko posadzić drzewo i spłodzić syna.

DK: Podobno przy okazji pobytu w UK nagrałeś teledysk. Zdradź więcej szczegółów – gdzie powstał, do jakiego kawałka, kto brał udział i kiedy go zobaczymy?

Lajt: Wszystko wydarzyło się dość szybko – jadąc z Taflem do studia na Wood Green jeszcze w pociągu kończyliśmy pisać zwrotki, które skrobaliśmy od rana, więc forma raczej spontan, ale efekt jest mega dobry. Kawałek porusza dość poważne kwestie życiowe, na razie więcej nie zdradzę. Zamiar klipu miał być mega amatorski – mieliśmy z Taflem zrobić to chociażby telefonem. Los jednak sprzyja dobrym ludziom, i studio, w którym nagrywaliśmy, należało do polskiej ekipy – Hip Hop Says. Mieli oni mega sprzęt do nagrywania i zgodzili się pomóc – za co serdecznie raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam. A co do teledysku: znaleźliśmy mega miejscówkę – hangar rodem z Bronxu, musicie to zobaczyć. Nie ma jakiegoś mega zawiłego scenariusza, po prostu video z machaniem łapami – to wychodzi nam najlepiej. Premiera myślę jeszcze w grudniu.

DK: Siedzisz w polskim rapie od około pięciu lat. Co zmieniło się od chwili, gdy wydałeś pierwszy nielegal?

Lajt: Zmieniło się… wszystko. Skillsy, priorytety, światopogląd, zmienił się rap, zmieniłem się ja. Na koncie kilka solowych, długogrających krążków, więc jak na MC z podziemia staż mam spory. Gdybym mógł cofnąć czas to zrobiłbym to tak samo.

lajt_02

DK: Hip-hop jest dość specyficzną kulturą – często jej odbiorcy stają się również twórcami. Czy to o sport chodzi, czy o malowanie, czy o muzykę. Jak było z Tobą? Czy próbowałeś się spełniać w innych elementach? Dlaczego postawiłeś na rap?

Lajt: Tak. Przygodę z hip hopem zaczynałem od beatboxu – była to bodajże 4-5 klasa szkoły podstawowej. Wiesz, czasy bez internetu – brat przyniósł od kumpla filmiki z beatboxerami. Zobaczyłem to i pomyślałem, że też chcę tak robić. Nie miałem tego za dużo – oglądałem te filmiki w zwolnionym tempie, patrzyłem na układ ust, następne miesiące pierdziałem ustami 24/7, aż w końcu zaczęło wychodzić. Raz zająłem nawet 2-gie miejsce na konkursie beatboxowym. W 2007 kupiłem w tym celu pierwszego majka, a miesiąc później z niewiadomych przyczyn nagrałem pierwszy numer. Jakoś poszło i miłość do beatboxu przerodziła się w miłość do rapu. Ale wciąż czasem pobrzdękolę pod prysznicem, czy na koncercie pod freestyle Tafla.

DK: Jeśli już o muzyce mówimy – kto dla Ciebie jest inspiracją, jakich producentów i raperów sobie cenisz? Kim się jarasz?

lajt_03Lajt: Jaram się tzw. „czarnym rapem” z lat 90-tych – skarbnica jest tak duża, że do dziś nie przerobiłem wszystkiego. Moi ulubieni raperzy i składy to: Big L, Big Pun, Onyx, Fu Schickens, długo by wymieniać. Z aktualnego rapu jaram się bardzo ekipą Da Shogunz z Holandii, z Polski przede wszystkim koncertowo rozpierdala Centrum Strona. No i oczywiście klasyki polskiego rapu na zawsze w sercu i na zawsze na nośniku.

DK: „Żywy rap” na pewno pomógł Ci w promocji, zdobyciu fanów i kontaktów. Gdybyś jeszcze raz mógł wziąć udział w tego typu projekcie, podjąłbyś wyzwanie ?

Lajt: Raczej nie, z tego względu, że poszło mi dobrze, stąd nie widzę sensu powtarzania udziału w czymś takim. Gdybym odpadł w pierwszych fazach – mógłbym spróbować. Jednak będąc finalistą stwierdzam, że do tej samej rzeki dwa razy się nie wchodzi.

DK: Kto według ciebie powinien wygrać drugą edycję „Żywego rapu” i dlaczego uważasz, że miałbyś to być Ty?

Lajt: Gdybym poszedł tam z obecną świadomością raz jeszcze, to może i ja bym wygrał. Jedyne, czego mi zabrakło, to obeznania na scenie. Byłem raczej zamknięty co do rymowania przed publicznością, wyskilowany w pokoju, obsrany na scenie (śmiech). Teraz czuje się już oswojony i coraz bardziej jak ryba w wodzie. Nieskromnie uważam, że technicznie nie było tam lepszych ode mnie, jednak liczył się również ruch sceniczny, a tego mi zabrakło. Jednak nie ma co mówić, co by było gdyby, więc uważam śmiało, że powinien wygrać Tafel JTS. Jakbyście tam byli i widzieli to show, które wyprawiał „bez cięć” to byście zrozumieli o czym mówię.

DK: Jurorzy i amatorzy – to konwencja dobrze znana z kultowego programu „Idol” i jego późniejszych klonów. Czy nie miałeś obiekcji biorąc udział w tego typu programie?

Lajt: Nie. Oczywiście do TVN-u bym nie zawitał. Jak zobaczyłem, że w Jury są ludzie, którzy są związani z kulturą Hip-Hop, pomyślałem – czemu nie? Zwłaszcza, że pierwsza edycja wypadła całkiem sympatycznie.

DK: W ” Chamie” rapujesz : „Słoma coraz częściej wystaje z kabiny studia. Taki właśnie rap ma się dobrze w Polsce i widać to też na przykładzie frekwencji podczas koncertów rodzimych wykonawców w Wielkiej Brytanii. Co najbardziej boli Cię (poza uszami) słuchając pewnej części polskich raperów?

Lajt: Wtórność, liryka pod publikę, albo rap dla płaczków, albo megasuperfajna bragga. Cytując samego siebie: „Co mi z Twojej techniki, jak nie umiesz sklecić wersu, co poruszy w sercu?” Jestem przykładem tego, że technikę można połączyć z miażdżącym przekazem. Dlaczego mamy ALBO ALBO a nie TO I TO?

DK: Czego słuchacze mogą spodziewać się po kolejnej płycie?

Lajt: Ciar na plecach. Lajt & Tafel już w 2015 na twoim audio sprzęcie.

DK: Z którym producentem najlepiej Ci się współpracowało?

Lajt: Bez wątpienia Innotic. Zrobiliśmy razem już naście numerów, przesłuchałem chyba z kilkaset bitów tego Pana. Efekty na płytach począwszy od „Dnia Świra”.

lajt_01

DK: Komu zaproponowałbyś dogranie zwrotki do Twojej płyty?

Lajt: Ciężko powiedzieć, dopóki nie mam większości nagranej. Patrząc w przeszłość, staram się nie przepełniać płyt feauturing’ami i ograniczam gości na płytach do minimum.

DK: Tafel, z którym ostatnio często Cię widać i słychać również pokazał swoje umiejętności w „Żywym rapie”. Jak doszło do Waszej współpracy?

Lajt: Poznaliśmy się tak naprawdę na imprezie pofinałowej, polubiliśmy się przede wszystkim jako ludzie, ale i jako raperzy, i „zaiskrzyło”. Efekty naszej znajomości usłyszycie w przyszłym roku.

DK: Lajt to „Szowinista”, czy moralizator?

Lajt: Chyba jednak moralizator. Szowinista to przekorny tytuł. Tak, jestem czasami bardzo wulgarny, przypominam jednak, że z wulgarności również szydzę. Trzeba wiedzieć co, gdzie, jak i kiedy. Czasami soczyste „kur*a mać” może nadać zwrotce odpowiedniego wydźwięku, czasami może ją popsuć. Nazywam to granicą dobrego smaku. Co nie oznacza, że sam nie mam na koncie tracków, w których klnę jak szewc. Zawsze jednak, gdy przeklinam, mam w tym jakiś cel. Tak było i w przypadku „Szowinisty”. Wręcz momentami paskudne i chamskie zwroty używane do „kobiet” pokazują, że każdy otrzymuje to, na co swoim zachowaniem zasługuje. Kto zna moją twórczość, wie, że jestem raczej romantykiem. Jednak i romantycy czasami muszą się pokazać z innej strony i powiedzieć światu: „całujcie mnie wszyscy w dupę”.

Odwiedź „Lajt” na Facebooku