Restauracja, w której zjesz nago

– To powrót do natury, absolutnie unikalne doświadczenie dla ciała i duszy – zapewnia Sebastian Lyall, właściciel restauracji Bunyadi. Pierwszego w Londynie lokalu, w którym klienci spożywają posiłki… nago.

Z zewnątrz wygląda jak opuszczony pub – zabite deskami okna, odrapane ściany. Ale w środku pulsuje zupełnie inny świat. Nastrojowy klimat, palące się świece, nagie ciała, bambusowe zasłony… Restauracja Bunyadi, która otworzyła swoje podwoje w połowie czerwca, na brak klientów nie narzeka. Już w chwili inauguracji w kolejce oczekujących na stolik było 46 tysięcy osób.

Kelnerka z listkiem

Zdrowe jedzenie, spożywane w najczystszej formie. Nago, w klimatycznej atmosferze, bez norm i gadżetów współczesnego świata. – Oferujemy naszym klientom absolutnie unikalne doświadczenie. Powrót do natury – bez chemikaliów, sztucznych kolorów, elektryczności, gazu, telefonu. A także bez ubrań. To rodzaj prawdziwego wyzwolenia – mówi Sebastian Lyall.

Restauracja znajduje się w dzielnicy Elephant and Castle i ma być czynna przez trzy miesiące. Po wejściu do lokalu na gości czeka przebieralnia – każdy dostaje do dyspozycji szafkę, zrzuca z siebie ubrania, zakłada biały szlafrok i kapcie i w takim stroju maszeruje do baru, oczekując na zamówiony wcześniej stolik znajdujący się w części restauracyjnej. Miejsca do konsumpcji osłonięte są bambusowymi kotarami, zapewniając intymną atmosferę – pożądaną tym bardziej, że spożywanie posiłków odbywa się nago. Kelnerzy i kelnerki również dostosowują się do tej konwencji, nosząc jedynie listki figowe zakrywające najbardziej intymne części ciała. Całość przypomina klimatem biesiady rodem ze starożytnej Grecji czy Rzymu. Drewniane stoliki, takież pniaki do siedzenia, gliniane naczynia. W pomieszczeniu panuje półmrok, rozświetlany tylko przez kilka świec, a w tle gra cicha muzyka.

Restauracja oferuje dwa rodzaje posiłków – zwykły i wegetariański (opcja składająca się z pięciu dań kosztuje 58,99 funta, a z trzech – 38,99 funta). Szef kuchni zapewnia, że wszystkie składniki są świeże i naturalne, i nawet sztućce są jadalne. W menu widzimy m.in. łososia, sałatkę z wodorostów, stek z tatara, mus miętowy, szparagi, suszone pomidory z cukinią. I, jakżeby inaczej, wino serwowane w glinianych kielichach. Na spożycie posiłku jest 1 godzina i 45 minut, po czym klienci udają się do baru, gdzie mogą degustować drinki firmowane przez Bunyadi.

Ma być miło, przyjemnie i niepowtarzalnie. Taką atmosferę determinuje również przestrzeganie regulaminu, z którym każdy zapoznaje się przy wejściu do restauracji. – Zabronione jest nieprzyzwoite i kłopotliwe zachowanie oraz wszelka aktywność seksualna. Goście, którzy nie zastosują się do tych reguł, zostaną natychmiast usunięci – czytamy w „Notce powitalnej”.

Z sową na drinka

To był strzał w dziesiątkę. Tak się przynajmniej wydaje, patrząc na liczbę klientów odwiedzających „rozbieraną restaurację” i pochlebne opinie jakie o niej wystawiają. Sebastian Lyall ma powody do zadowolenia. Nie po raz pierwszy, gdyż Bunyadi jest częścią sygnowanego przez niego projektu Lollipop.

– Pokonujemy kolejne granice, żeby dawać ludziom to, na co zasługują. I będziemy robić to dalej – w pełni profesjonalnie, przywiązując wagę do jakości usług i wysokich wymagań klientów – zapewnia Lyall, przypominając, że w ubiegłym roku dużym powodzeniem cieszyło się ABQ London, pierwsze na świecie ruchome laboratorium drinków, znajdujące się w ponad 10-metrowym pojeździe. Można w nim było przygotować własne alkoholowe specjały, stosując różne receptury, mikstury oraz najnowsze techniki molekularne. Pomysł został zainspirowany przez telewizyjną serię „Breaking Bad”, a przez laboratorium w ciągu kilku dni przewinęło się ponad 150 tysięcy londyńczyków. Sukces okazał się na tyle spektakularny, że w tym roku podobną akcję przeprowadzono w Paryżu.

Głośnym echem odbiła się również inna inicjatywa w ramach Lollipop, o dźwięcznej nazwie Annie The Owl. To restauracja, a mówiąc ściślej drink bar, w którym klienci mogli spożywać trunki w towarzystwie… sów. Bar otworzony w marcu ubiegłego roku w byłej galerii sztuki w londyńskiej dzielnicy Soho, funkcjonował przez tydzień w godzinach 20.30 – 2.00. Nieprzypadkowo, gdyż sowy, jako ptaki nocne, aktywne są właśnie o tej porze. Za 20 funtów można było wypić dwa drinki i pobyć dwie godziny w towarzystwie skrzydlatych drapieżników, a zainteresowanie było tak duże, że bilety otrzymali tylko zwycięzcy internetowego losowania.

– Naszym celem jest edukacja i kształtowanie świadomości ludzi na temat ptaków drapieżnych. A także ich ochrona. I na to zostanie przeznaczona część zebranych środków – reklamowali się organizatorzy. Tytułowej sowie Annie towarzyszyli jej skrzydlaci pobratymcy – Darwin, Ruby, Cinders, Winston i Hootie. Wszystkie ptaki były oswojone, przy każdym znajdował się wykwalifikowany opiekun-sokolnik.

Projekt przyciągnął uwagę światowych mediów i wygenerował ponad 80 tysięcy zgłoszeń na bilety. Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Pod internetową petycją protestacyjną podpisało się kilka tysięcy osób. Adam Roberts, szef Born Free Foundation, stwierdził wprost: – Kształtowanie świadomości społecznej i pomoc finansowa dla sów to jedno, ale zupełnie czymś innym jest trzymanie ich w miejscach, gdzie nie mają spokoju i są narażone na bezpośredni kontakt z ludźmi. Narażanie dzikich ptaków na przebywanie w hałasie i zamieszaniu, jakie stwarzają bar czy nocny klub, jest całkowicie nieodpowiedzialne.

W odpowiedzi organizatorzy akcji wydali specjalne oświadczenie, w którym podkreślili, że sowy pochodzą z profesjonalnego centrum i są przyzwyczajone do relacji z ludźmi. Każdej z nich towarzyszy zawodowy sokolnik, natomiast hałas i muzykę ograniczono do minimum.

Laptopy i koty

Co na to same sowy? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Anglicy nie mniejszą miłością jak do ptaków pałają do kotów. A jeśli tak, to dlaczego nie zaprosić czworonogów do kawiarni? W ten sposób pomyślał Elliot Reed i założył Kitty Cafe w Nottingham, gdzie klientom podczas picia kawy czy spożywania ciastek towarzyszą różnej maści futrzaki.

– Wszędzie można spotkać tradycyjne coffe shopy, gdzie ludzie przychodzą z laptopami. I bardzo dobrze, ale jednocześnie coraz więcej osób szuka czegoś innego, chcą wydawać pieniądze na rzeczy, które ich naprawdę kręcą – mówi Reed. Kitty Cafe, oprócz funkcji typowej kawiarni, jest również miejscem, gdzie koty mogą znaleźć nowego właściciela.

– Ludzie patrząc na wyluzowane zwierzęta, przyglądając się jak reagują na otoczenie, często podejmują decyzję, że warto je przygarnąć. To działa lepiej na wyobraźnię niż adoptowanie zwierzaka z klasycznego schroniska – przekonuje Reed. Kocie kawiarnie działają także w Londynie i Newcastle, a ich początki sięgają lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia i mają swój rodowód w dalekiej Azji.

102 tony jedzenia

Pomysły są różne, koncepcje na ich realizację też. A wszystko w zależności od popytu i upodobań. Ostatnio na Wyspach bardzo popularne stają się kafejki zbożowe. Powstała ich już cała sieć, a jedną z ciekawszych jest Black Milk Cereal Dive w Manchesterze, mająca w ofercie 150 typów zbóż z całego świata, serwowanych z różnymi rodzajami mleka – w miskach zrobionych z czekolady.

– Klienci szukają nowości i ekstrawagancji, którymi potem mogą się pochwalić przed znajomymi na portalach społecznościowych. Dla nas to dodatkowa reklama – twierdzi Oliver Lloyd-Taylor, właściciel Black Milk Cereal Dive. Z kolei śniadania z wymyślnymi dodatkami, przygotowywanymi na różne sposoby, to specjalność 26 Grains, baru mlecznego w londyńskiej dzielnicy Covent Garden. Każda potrawa jest tam przyrządzana na oczach klientów. Właścicielka owego przybytku Alex Hely-Hutchinson przyznaje, że do działania zainspirował ją pobyt w Danii, gdzie przez jakiś czas mieszkała. – Spożywanie śniadań poza domem jest tam znacznie bardziej rozpowszechnione niż u nas, a specjalistyczne jadłodajnie są dumą mieszkańców. W ostatnich latach ludzie stali się bardziej świadomi odnośnie tego, co jedzą, chcą odżywiać się zdrowo, a chodząc do fachowców wiedzą co dostają i mogą otrzymać odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

W innym kierunku podryfował zakotwiczony w Leeds Adam Smith, pomysłodawca The Real Junk Food Project. Projekt został zainicjowany w 2013 roku i obecnie składa się z kilkudziesięciu kafejek oraz restauracji sprzedających jedzenie, które miało trafić na śmietnik bądź do utylizacji. – Bierzemy żywność, której data ważności upłynęła, opakowanie ucierpiało na skutek przypadkowego zniszczenia albo jest jej w nadmiarze. Odrzucamy ustawodawstwo na rzecz zdrowego rozsądku – mówi Smith, dodając, że tylko w ciągu dwóch miesięcy z oferty skorzystało 75 tysięcy osób, które skonsumowały 102 tony jedzenia. I nie było żadnych skarg.

Kawiarnie tej sieci sprzedają żywność na zasadzie „płać tyle, ile chcesz”, a akcja rozwija się coraz bardziej nie tylko w Anglii, ale też w Afryce i Australii.

Fani z pasjonatami

Jaki jest patent na zrobienie biznesu w branży restauracyjnej? – Tu nie ma reguł, ale ogromną częścią sukcesu jest nostalgia i trafienie w gusta klientów – przyznaje Gugu Ndhlovu, główny menedżer restauracji Meltroom w londyńskiej dzielnicy Soho, która specjalizuje się w serwowaniu grillowanych sandwiczy z serem. – Gramy dawną muzykę, a ludzie przychodzą i miło spędzają tu czas, gdyż przypomina im to ich młodość. Takie przekąski jedli kiedy byli dziećmi, dla nich to duża frajda spróbować tego znowu po latach – dodaje Ndhlovu.

Równocześnie wzrasta liczba lokali gastronomicznych związanych z różnymi hobby klientów. Dan Pye i Lindsey Brown założyli Dark Matter Cafe w Durham, będące prawdziwym rajem dla fanów komiksów i gier komputerowych. – Sami jesteśmy ich pasjonatami, a że od dawna nosiliśmy się z zamiarem otworzenia kawiarni pomyśleliśmy, dlaczego tego nie połączyć? Biznes świetnie prosperuje i cały czas się rozwija – mówi Dan Pye.

Z kolei konsumenci kawiarni Thirsty Meeples w Oksfordzie mogą wybierać spośród ponad dwóch tysięcy gier planszowych i oddawać się im do woli podczas spożywania posiłków. Pomocą w rozgryzieniu nierzadko skomplikowanych meandrów poszczególnych gier służą doświadczeni gracze.

A co zrobić, jeśli lubimy wrzucić coś na ząb podczas strzyżenia? Warto wówczas zaglądnąć do restauracji Hurwundeki w pobliżu londyńskiej stacji Cambridge Heath. Nie tylko można tam zjeść tradycyjne koreańskie potrawy, ale również doświadczyć nożyczek i grzebienia we wprawnych rękach fryzjerki. Wszystko dlatego, że usytuowana pod mostem kolejowym restauracja łączy się bezpośrednio z salonem fryzjerskim…

Co by tu zjeść?

  • Witchetty grub. Te wielkie białe larwy kilku gatunków ciem i moli tradycyjnie pieściły podniebienia Aborygenów.
  • Shiokara. Japońskie danie zrobione ze stworzeń morskich, takich jak kalmary, które fermentują we własnych wnętrznościach. Nic dziwnego, że często są połykane i popijane kieliszkiem whisky.
  • Serce maskonura. Islandzki przysmak, którym w 2008 roku zajadał się Gordon Ramsay, podczas swojego show w Channel 4.
  • Ostrygi z Gór Skalistych. Nazwa brzmi nieco egzotycznie w stosunku do tego, czym owo danie w rzeczywistości jest. A są to smażone jądra byka, ulubiona potrwa kowboi z Dzikiego Zachodu.
    (źródło: The Telegraph)

Gdzie by tu pójść?

  • Restauracja w Shenzhen w Chinach. Klienci podczas spożywania posiłków siedzą na klozetach służących jako krzesła, a jedzenie serwowane jest w miniaturowych wanienkach i muszlach klozetowych.
  • Opaque w Californii. W tej restauracji goście jedzą w zupełnej ciemności. To unikatowe doświadczenie, tym bardziej, że posiłki podają niewidomi kelnerzy.
  • Aurum w Singapurze. Restauracja serwuje dania znane jako gastronomia molekularna – awangardowy ruch kulinarny, który stosuje naukowe metody, żeby stworzyć nowe smaki. Do siedzenia używane są wózki inwalidzkie.
  • Na uniwersytecie w holenderskim Wageningen jest restauracja, gdzie naukowcy mogą obserwować zachowanie konsumentów reagujących na smaki i zapachy spożywanego jedzenia. Jak w Big Brotherze wszystko jest monitorowane przez kamery.
    (źródło: Business Insider UK)

Dariusz Dzikowski

goniec_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA

/Autor

Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w leczeniu nowotworów

Raka piersi co roku diagnozuje się u około 18 tys. Polek, z których 85 proc. udaje się wyleczyć. Dzięki nowoczesnym terapiom – obecnie nawet rak piersi z przerzutami może stać się chorobą przewlekłą. Podobnie jest w przypadku wielu innych typów nowotworów – choć liczba zachorowań rośnie, pojawiają się innowacyjne leki, które znacząco wydłużają życie chorych i poprawiają jego jakość.

Sharing is caring!