Pożegnanie z Europą

Brytyjczycy zdecydowali o opuszczeniu Unii Europejskiej. Teraz zarówno Zjednoczone Królestwo, jak i Europa, muszą się zmierzyć z konsekwencjami.

Stało się. Brytyjskie społeczeństwo przemówiło i odrzuciło członkostwo we Wspólnocie Europejskiej. Wielka Brytania sprzed 23 czerwca przestała istnieć. Kraj rozpoczął niebezpieczną podróż w nieznane. I nie wiadomo dokąd zmierza, jaki jest plan, ani kto będzie stał na czele. Wiadomo jedynie tyle, że zarówno brytyjska polityka, jak i gospodarka, ulegną radykalnym zmianom. Królestwo musi odnaleźć dla siebie nowe miejsce i nową rolę w świecie. Powtórnie się określić oraz zdefiniować. Tak jak po upadku imperium. To olbrzymie zadanie dla klasy politycznej i intelektualnych elit.

Jednak głosowanie za opuszczeniem Wielkiej Brytanii z Unii to nie tylko kłopot i wyzwanie dla rządu, polityków i establishmentu. To także problem dla tych, których wola została odrzucona. Kraj znalazł się w politycznym i gospodarczym chaosie. Referendum uzewnętrzniło polityczne, klasowe, ekonomiczne, regionalne i tożsamościowe napięcia oraz podziały, które na Wyspach narastały od lat, a które były ignorowane. I chociaż samo głosowanie nic w teorii nie zmieniło – traktaty i umowy wciąż obowiązują, Wielka Brytania cały czas jest członkiem Unii – to w praktyce zmieniło się wszystko. Bo chociaż Londyn oficjalnie nie wdrożył jeszcze w życie procedury wyjścia z Unii, to jednak Królestwo zostało już przez Brukselę i resztę świata politycznie uznane za byłego członka UE. Bez względu na prawny status. Co oznacza, że polityczny proces Brexitu się dokonał. Konsekwencje obserwujemy na bieżąco. I jest to obraz niezwykle ponury.

Czarny piątek

Ci, którzy zdecydowali się spędzić noc z czwartku na piątek przed telewizorem i na bieżąco śledzić wieczór referendalny na którymś z brytyjskich kanałów, dość szybko mogli się zorientować, że Brexit staje się rzeczywistością. Wyniki głosowania z Newcastle i Sunderlandu, ogłoszone krótko po północy, sugerowały, że zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii zyskują przewagę. Ku zdumieniu i konsternacji gości, ekspertów oraz polityków obecnych w studiu. Bo chociaż spodziewano się, że wynik będzie bliski, to jednak niemal wszyscy, włączając w to zwolenników wyjścia Królestwa ze struktur europejskich, sądzili, że zwycięży obóz Bremain. Referendum miało być tym, czym zazwyczaj są np. wybory do Parlamentu Europejskiego – pstryczkiem w nos dla establishmentu, żółtą kartką dla partyjnych liderów, głosem sprzeciwu ludu wobec elit – ale bez poważnych, historycznych konsekwencji.

O piątej nad ranem stało się jasne, że dzieje się historia. Przez duże H. Bo przy wysokiej frekwencji Brytyjczycy w stosunku 52 do 48 opowiedzieli się za wyjściem Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Czarny scenariusz się ziścił. Po raz pierwszy społeczeństwo kraju członkowskiego zdecydowało o opuszczeniu struktur Wspólnoty. Na to nikt nie był przygotowany. Łącznie z rynkami finansowymi, które szybko wpadły w panikę. Kurs funta zaczął dramatycznie się obniżać i wylądował na najniższym poziomie od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. W kilka godzin z giełd wyparowały dwa biliony dolarów. Spadły ceny ropy, wzrosły ceny złota. Wynik referendum zadał globalnemu systemowi finansowemu największy cios od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku.

Turbulencjom ekonomicznym towarzyszyły turbulencje polityczne. W emocjonalnym wystąpieniu premier David Cameron zapowiedział swoją dymisję. Opozycja rozpoczęła przygotowania do usunięcia Jeremy’ego Corbyna, którego wielu parlamentarzystów Partii Pracy obwinia o kiepski wynik referendum w regionach tradycyjnie głosujących na Labour. W niedzielę z gabinetu cieni Corbyna odeszło jedenastu ministrów. W szoku był także Boris Johnson – twarz obozu „Leave” i architekt Brexitu. Poranne wystąpienie Johnsona było jak stypa. Żadnej radości ze zwycięstwa ani triumfalizmu. Co potwierdziło jedynie przypuszczenia większości politycznych komentatorów, że były burmistrz Londynu, choć opowiadał się za wyjściem, to jednak liczył na to, że UK zostanie w UE. Tak jak Cameron zaryzykował z referendum, żeby uspokoić partię, tak Johnson ryzykował Brexit, żeby tę partię przejąć. Obaj choć zwyciężyli (Cameron wygrał wybory, Johnson wygrał referendum), to tak naprawdę ponieśli porażkę. Marginalna przegrana obozu „Leave” miała dać Johnsonowi polityczny wiatr w żagle i 10 Downing Street. Zamiast tego, chociaż prawdopodobnie spełni swoje marzenie o fotelu premiera, to jednak w pakiecie z podzielonym, pękniętym krajem, wściekłą Unią, gospodarczą katastrofą na horyzoncie i rozpadem Zjednoczonego Królestwa. A planu działania ani politycznej mapy drogowej na Brexit nie ma. Typowy przykład „pyrrusowego zwycięstwa”. Tak jest, kiedy taktyka i polityczna krótkowzroczność triumfuje nad racjonalnością, a populizm nad racją stanu.

Błędy przeszłości

Jak to się stało, że Brytyjczycy uważani za naród pragmatyczny i zdroworozsądkowy popełnili ekonomiczne samobójstwo? Jak to możliwe, że David Cameron – progresywny konserwatysta, zdolny polityk i taktyk, popełnił tak katastrofalne w skutkach polityczne błędy? Cameron przechodzi do historii jako postać tragiczna. Jako polityk, który zaryzykował przyszłość kraju, a może i kontynentu, żeby ustabilizować wewnętrzne spory w Partii Konserwatywnej. Polityk, który przez sześć lat ze względów czysto taktycznych flirtował z eurosceptycyzmem, krytykował Brukselę i otwierał wrota dla ksenofobii. Po to, żeby przejąć wyborców Nigela Farage’a i zdominować prawą flankę na politycznej mapie Wielkiej Brytanii. Polityk, który stanął na czele kampanii na rzecz pozostania Królestwa w Unii, który Europę cynicznie dyskredytował.

Brak wiarygodności splatał się z błędnymi założeniami „kampanii strachu”. Cameron skupił się na straszeniu konsekwencjami Brexitu dla wielkiego biznesu i City i nie przyjął do wiadomości, że wielu Brytyjczyków znajdujących się w ciężkiej sytuacji materialnej, rozgoryczonych, zapomnianych, wykluczonych i niepewnych jutra nie miało – w swoim przekonaniu – wiele do stracenia. Premier nie miał nic do powiedzenia ludziom, którzy są ofiarami globalizacji i ekonomicznej zapaści. A to oni w głównej mierze zdecydowali o Brexicie. Ludzie z dawnych, robotniczych twierdz Labour. Biedna, postindustrialna północ Anglii z wyjątkami kosmopolitycznych, nowoczesnych i bogatych miast – Yorku, Leeds i Manchesteru – zdecydowanie opowiedziała się za wyjściem z Unii. To efekt porzucenia klasy robotniczej w latach 90. To ci ludzie zapłacili cenę za likwidację przemysłu i przywileje londyńskiego City. Sprowadzeni do roli odbiorców kurczących się zasiłków, 23 czerwca pokazali światu środkowy palec. To ludzie, którzy nie bez racji uważają, że stracili na globalizacji, że rząd pozostawił ich samym sobie. A referendum stało się dla nich okazją do wyładowania złości oraz frustracji. To naturalny proces. Ta grupa została wykluczona z debaty, a przez elity była całkowicie ignorowana lub obrażana. Ci biedni, słabo wykształceni ludzie bez perspektyw, byli określani rozmaitymi negatywnymi etykietami, wśród których nietrudno było dosłyszeć ton salonowej pogardy dla ludu.  Brytyjski lud, mając szansę w referendum, odwzajemnił tę pogardę uczuciem wrogości wobec elit, które symbolizuje Bruksela.

Mapa wyników referendum pokazuje klasowe i materialne podziały. Wykształceni, mieszkańcy metropolii, profesjonaliści, młodzi i beneficjenci globalnych przemian, głosowali za Unią. Biedni, starsi, edukacyjnie wykluczeni i bezrobotni, byli przeciw. Te podziały nie znikną. Wręcz przeciwnie. Opuszczenie Unii i pogarszająca się gospodarka jeszcze zwiększą nierówności. I mentalną przepaść, która dzieli londyńczyka od mieszkańca Bostonu – najbardziej eurosceptycznego miasta, gdzie aż 74 proc. głosujących opowiedziało się za Brexitem. I chociaż po wstrząsie spowodowanym referendum politycy prześcigają się w zapewnieniach, że „społeczeństwo musi się zjednoczyć”, nikt nie ma pomysłu jak to zrobić. Zwłaszcza, że wypuszczony został demon otwartej ksenofobii i rasizmu. Zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu wyników, do mediów zaczęły napływać niepokojące sygnały o werbalnych atakach na mniejszości etniczne. Osobom, które nie są białe albo mówią po angielsku z akcentem, jasno daje się do zrozumienia, żeby opuścili Wyspy. Ksenofobiczne komentarze pojawiły się w przestrzeni publicznej, bo wielu rasistów uznało wynik referendum za koniec poprawności politycznej, a antyimigracyjną retorykę obozu „Leave” za legitymizację takich zachowań.

Wyzwania przyszłości

Do podziałów społecznych dochodzą podziały regionalne. W końcu za Brexitem opowiedziała się Walia oraz, z wyjątkami Londynu i niektórych metropolii na północy, Anglia. Za Unią zaś Szkocja i Irlandia Północna. Implikuje to potężny kryzys polityczny i grozi rozpadem Królestwa. Sinn Fein ogłosiła, że brytyjski rząd „nie ma mandatu do reprezentowania ekonomicznych i politycznych interesów mieszkańców Irlandii Północnej”. Co oznacza ni mniej ni więcej, że Irlandczycy nie uznają woli Brytyjczyków wyrażonej w referendum. Coraz bardziej realne staje się zjednoczenie obu Irlandii. Jasno też wypowiedziała się Nicola Sturgeon – liderka Szkockiej Partii Narodowej i pierwsza ministra Szkocji, która zapowiedziała kolejne referendum w kwestii niepodległości Szkocji, a także możliwość zablokowania przez Holyrood rozpoczęcia procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Obóz „Leave” wprawił w ruch polityczne siły, nad którymi nie ma żadnej kontroli. A co gorsza, nie ma też pomysłu co z tym wszystkim zrobić. Bo nikt nie przygotował poważnego planu na ewentualny Brexit.

Tymczasem żarty się skończyły, a zaczęła poważna polityka. Bruksela zaczęła naciskać na Londyn, żeby jak najszybciej wcielił w życie artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego – formalny akt rozpoczęcia procedury wyjścia. Politycy europejscy taktykę zwlekania przyjętą przez polityków brytyjskich, która jest oznaką bezradności i braku strategii, uznają za arogancję. Niemal natychmiast Manfred Weber, lider największej partii w Parlamencie Europejskim ogłosił, że Wielka Brytania powinna opuścić Unię w ciągu 2 lat. Bez żadnych specjalnych umów i warunków czy nieoficjalnych uzgodnień. To był pierwszy oficjalny i stanowczy głos za mniejszą i silniej ze sobą współpracującą Europą. A potem w podobnym tonie zaczęli opowiadać się kolejni ważni oficjele z Brukseli.

Jeśli Brytyjczycy spodziewali się ze strony Europy lamentu i błagań o przemyślenie decyzji, to spotkał ich zawód. Ostre, twarde stanowisko Unii, która wysyła w świat komunikat, że Wielka Brytania w praktyce jest już poza Wspólnotą, jest działaniem racjonalnym i słusznym – pozwala na zminimalizowanie strat politycznych i gospodarczych.

Dlatego też z Brukseli płyną komunikaty, że ewentualne negocjacje w sprawie umów handlowych i relacji na linii Unia – Londyn mogą się rozpocząć dopiero po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. A nie jak chcą tego brytyjscy politycy: w czasie dwuletniego okienka, które powstanie po wejściu w życie 50. artykułu Traktatu Lizbońskiego. Oznacza to, że polityczny proces Brexitu się dokonał, a ekonomiczny się zaczyna. Londyn traci jakikolwiek wpływ na decyzje w Brukseli i będzie izolowany. Umowy wciąż obowiązują, ale w praktyce tracą znaczenie. Zwłaszcza, jeśli chodzi o handel. Biznes dostał jasny sygnał, że inwestowanie w UK jest niepewne, a City traci swoją pozycję, jako główny ośrodek finansowy Europy. Już teraz, a nie za dwa lata. Gospodarka się zatrzęsła, a międzynarodowy biznes będzie unikał jakichkolwiek długofalowych inwestycji na Wyspach. Trwający polityczny chaos niekorzystnie wpływa na inwestorów. Plany i strategie biznesu są już dzisiaj zmieniane. Z tego powodu UE wysyła w świat komunikat, że ma dziś 27 członków i jeśli ktoś chce robić biznes, to lepiej żeby to był Frankfurt, a nie Londyn. To duża zmiana, której konsekwencje Wielka Brytania odczuje natychmiast. A jeśli proces wyjścia i tym samym prawnej, gospodarczej i politycznej niepewności będzie przedłużać, problemy się pogłębią. I to na Wyspach, a nie na kontynencie. Bo coraz wyraźniej widać również, że z tym kryzysem Bruksela radzi sobie lepiej niż Londyn.

Wiele wskazuje na to, że szok wywołany przez Brexit stanie się punktem zwrotnym, który zakończy epokę beztroskiego paplania w Europie przez różnych liderów politycznych, robienia małych partyjnych interesików, puszczania oka do radykalnej prawicy, flirtów z populizmem. Od Francji, po Polskę a na Holandii kończąc, może przyjść otrzeźwienie. Im twardszą linię w negocjacjach przyjmie Bruksela wobec Londynu, tym bardziej prawdopodobne, że stolice innych krajów członkowskich pójdą po rozum do głowy.

Dla Unii Brexit może stać się politycznym wyzwoleniem. Paradoks polega bowiem na tym, że bez Wielkiej Brytanii Unia może się sprawniej i szybciej zmieniać na lepsze. To w bardzo dużym stopniu opór Londynu przez kilkadziesiąt lat sprawiał, że Unia istnieje w nieco pokracznej formie. To Londyn zakaził Unię swoim egoizmem i neoliberalnymi paradygmatami. Był hamulcowym politycznej integracji. Pytanie, czy Unia będzie umiała wykorzystać szansę, która się przed nią otwiera, jest otwarte. Bo Brexit może być dla Europy zarówno przekleństwem, jak i wybawieniem. Może doprowadzić do dezintegracji, przejęcia władzy przez populistów, bazujących na małych nacjonalizmach i suwerennościach, ale może nas też obudzić.

Choroba, która toczy nasz kontynent, przejawiająca się sprzeciwem i buntem wobec „tradycyjnej”, „zużytej”, „skorumpowanej” polityce liberalno-demokratycznej, przeciwko „elitom”, „ekspertom”, „skostniałym, antydemokratycznym instytucjom” w imię demokracji bezpośredniej, pozwalającej wyrazić wolę i oburzenie ludu – czyli antyliberalny amok, który nas ogarnął, może zostać wyleczony. Przez terapię szokową na Wyspach. Nastaje czas poważnych, politycznych decyzji. Dla wszystkich.

Źródło / Radosław Zapałowski

cooltura_logo_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA

/Autor

Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w leczeniu nowotworów

Raka piersi co roku diagnozuje się u około 18 tys. Polek, z których 85 proc. udaje się wyleczyć. Dzięki nowoczesnym terapiom – obecnie nawet rak piersi z przerzutami może stać się chorobą przewlekłą. Podobnie jest w przypadku wielu innych typów nowotworów – choć liczba zachorowań rośnie, pojawiają się innowacyjne leki, które znacząco wydłużają życie chorych i poprawiają jego jakość.

Sharing is caring!