– Niektórzy zachłysnęli się tzw. europejskością, zapominając skąd pochodzą. Owszem, powinniśmy się integrować, ale nie asymilować, gdyż to prosta droga do zatracenia polskości – mówi prezes Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskiego za Granicą Irena Grocholewska w rozmowie z Dariuszem Dzikowskim.

__________________________________________________________________________________________________________

Obecna kondycja polskiego szkolnictwa na Wyspach jest zróżnicowana.
– I to bardzo. Niektóre szkoły działają całkiem prężnie, ale są i takie, w których sytuacja wygląda zdecydowanie gorzej. Problemy pogłębiają kłopoty finansowe, lokalowe, niskie wynagrodzenie nauczycieli. A czasami również postępowanie dyrektorów poszczególnych placówek.

Bo źle nimi zarządzają?
– Chodzi raczej o wizję działalności. Dawniej szkoły były budowane na trwałym fundamencie, przy współpracy władz wojskowych, a potem również Stowarzyszania Polskich Kombatantów, księży kapelanów oraz rodziców. Przystąpienie Polski do UE przyniosło nową jakość, skutkując napływem ogromnej fali emigrantów. Istniejące szkoły nie były na to przygotowane, brakowało miejsc, w związku z czym jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe – zakładane przez rodziców. Część z nich czerpało z dorobku i doświadczenia polskiego szkolnictwa funkcjonującego w Wielkiej Brytanii od 1941 r., jednak nie brakowało i takich, których założyciele działali na własną rękę uważając, że sami wiedzą wszystko najlepiej. I tak jest do dziś, co, niestety, często odbija się na poziomie nauczania.

Ale można go zweryfikować.
– Nie bardzo, bo szkoły – jako jednostki autonomiczne – praktycznie nie podlegają kontroli. Jedne upadają, na ich miejsce powstają nowe. Polska Macierz Szkolna czy Zrzeszenie Nauczycielstwa Polskiego za Granicą, a więc dwie organizacje od lat działające na oświatowym gruncie, mają jedynie status ciał doradczych. Weryfikacja poziomu nauczania widoczna jest dopiero na podstawie wyników egzaminów maturalnych. Tyle że to kwestia kilku lat, a i tak tylko nieliczni uczniowie dochodzą do tego etapu.

Wcześniej polonijne szkoły działały na zasadach charity.
– Tak było do 2004 r., jednak później Brytyjczycy widząc co się dzieje zaczęli je traktować jako instytucje ukierunkowane na biznes – ze wszystkimi konsekwencjami z tego płynącymi. Obecnie każda placówka musi być zarejestrowana w Limited Company House i może być opodatkowana, jeśli wykazuje dochód.

Dużo ich jest?
– Około 150. Uczy się w nich 16 tys. uczniów, tymczasem rocznie na Wyspach rodzi się 20 tys. polskich dzieci. Wniosek nasuwa się sam, potrzeby i wyzwania są ogromne. I ciągle rosną.

Również jeśli chodzi o krzewienie patriotyzmu?
– To temat szczególnie aktualny, gdyż niektórzy zachłysnęli się tzw. europejskością, zapominając skąd pochodzą. Owszem, powinniśmy się integrować, ale nie asymilować, gdyż to prosta droga do zatracenia polskości. Wychowanie młodych ludzi jest zadaniem zarówno rodziców, jak i szkoły. Oczywiście, trzeba mówić o patriotyzmie, historii, bohaterach; ważne są akademie czy okolicznościowe uroczystości. Jednak uczniowie muszą mieć też możliwość posmakowania tego wszystkiego na własnej skórze. Jeśli ktoś zwiedzi Wawel, zobaczy Stare Miasto w Warszawie czy przejdzie się po Długim Targu w Gdańsku, zapamięta to na długo, może nawet na całe życie. To najlepsza lekcja patriotyzmu. Dlatego wystąpiłam do polskich władz z wnioskiem, żeby polonijna młodzież otrzymywała legitymacje uprawniające do bezpłatnych przejazdów po kraju. Dla wielu z nich byłby to impuls, czynnik potęgujący chęć odwiedzenia ojczyzny, z której oni i ich rodziny niejednokrotnie, na skutek warunków materialnych i braku pracy, zostali zmuszeni do emigracji. Póki co, ta propozycja upadła, ale nie składam broni.

Ważną rolę w wychowaniu młodzieży odgrywa harcerstwo.
– Bardzo ważną. Wielu działających w nim instruktorów to ludzie, którzy wynieśli ducha tradycji z rodzinnego domu. Są wykształceni, dobrze sobie radzą w życiu zawodowym. Przeszli przez różne szczeble harcerskiej hierarchii, a teraz krzewią narodowe wartości wśród młodszych kolegów i koleżanek mając świadomość, że to właśnie oni w przyszłości zajmą ich miejsce, stając się ambasadorami polskości na Wyspach. Cieszy również aktywność organizacji powstałych w ostatnich latach, takich jak Poland Street czy Patriae Fidelis. Młodzi ludzie, którzy w nich działają, wykazują wiele zapału. Z reguły to przedstawiciele nowej fali emigracji, coraz lepiej odnajdującej się na tutejszym gruncie.

Jednak, szczególnie w ostatnim okresie, Brytyjczycy z coraz większą rezerwą odnoszą się do przybyszów znad Wisły.
– Trudno generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka. Większość naszych rodaków uczciwie pracuje, płaci podatki i dobrze służy brytyjskiej gospodarce. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy tu gośćmi, a Wielka Brytania jest jedynym państwem, które tak szeroko otworzyło przed nami swoje granice. Powinniśmy to doceniać.

Wielu Polaków de facto zostało skazanych na wyjazd z kraju…
– Dużo rozmawiam z emigrantami, a kiedy ich pytam czy wrócą, z reguły słyszę, że chcieliby, ale nie mają do czego. W tych wypowiedziach przebija żal do Polski, do kolejnych rządów, bo nie tak wyobrażali sobie niepodległą ojczyznę. W efekcie wielu zostaje na obczyźnie, a ten ogromny potencjał jest przez Polskę zaprzepaszczany…

_________________________________________________________________________________________________________________

Irena Grocholewska

Od 16 lat jest prezesem Zrzeszenia Nauczycielstwa Polskiego za Granicą. Pochodzi z Tarnopola. Jej rodzice zostali wywiezieni na Syberię, a potem razem z wojskiem gen. Andersa dotarli do Anglii. Irena wraz z bratem dołączyła do nich w 1956 roku, po 16 latach rozłąki. W Londynie ukończyła studia pedagogiczne, pracowała jako nauczycielka, udzielała się w organizacjach polonijnych.

Dariusz Dzikowski | Źródło | Goniec.com

goniec_150

Sharing is caring!