Polskie diabły w szkockim parlamencie

Z Patrycją Zając, nauczycielką, kompozytorką i scenarzystką, założycielką grupy teatralnej „Lustro SCENY” w Edynburgu, rozmawia Damian Biliński.

Damian Biliński: Podczas przedstawienia „Niepodległość”, wystawionego w Polskim Centrum Kultury i Edukacji, im. Fryderyka Chopina w Edynburgu, publiczność wraz z aktorami zaśpiewali hymn narodowy. W kontekście emigracyjnym, sytuacja stała się mocno patriotyczna a „Konstytucji” (młodej aktorce odgrywającej rolę konstytucji) popłynęły łzy. Czy emocje, były wyreżyserowane, czy jednak wzruszenie poniosło nie tylko publiczność?

Patrycja Zając: Zdecydowanie nie było w tym żadnej reżyserki, ani nawet najmniejszych scenariuszowych sugestii. Nasza „Konstytucja” wzruszyła się nagle i nieoczekiwanie zarówno dla niej samej, jak i dla całej reszty zespołu obecnej na scenie; przeżycie niesamowite, tym bardziej, że udzieliło się tak wielu osobom.

D.B.: Publiczność nie potrafiła przestać bić brawo, a łzy spływały po policzkach wzruszonych osób. Słowem, przedstawienie odniosło sukces, ale gdy zgasły światła, a drzwi zamknęła ostatnia osoba, w kilka tygodni później Polskie Centrum Kultury i Edukacji, im. Fryderyka Chopina w Edynburgu, podjęło zaskakującą decyzję personalną. Nie przedłużono kontraktu (w jednej osobie) nauczycielowi historii i reżyserce wcześniejszych przedstawień takich jak „Kopciuszek”, „Hej kolęda, kolęda – muzyczna opowieść o Bożym Narodzeniu” i „Baśń o Królewnie Śnieżce”; przedstawień które również cieszyły się dużym zainteresowaniem rodziców, ale co ważniejsze rozwijały talenty młodych aktorów. Jak się poczułaś, gdy usłyszałaś o decyzji?

P.Z.: Przede wszystkim poczułam się zawiedziona, a może nawet rozgoryczona postawą osób, które (jak mi się wydawało) chociażby z racji swoich funkcji powinny chyba wyznawać inne wartości… Zrobiło mi się też najnormalniej, po ludzku przykro, za okazaną niewdzięczność, za brak jakiejkolwiek chęci dialogu, o który kilkakrotnie zabiegałam. Cóż, widać rzeczywiście „diabeł nie kopie kopytem, a swoją ludzką nogą”, żeby tak zacytować poetę; niby prawda stara jak świat, ale jednak rozczarowanie zawsze jest dogłębne i nie da się przed nim uciec, gdy za chleb dostajesz kamień.

D.B.: W czerwcu ubiegłego roku, ze szkoły im. Fryderyka Chopina w Edynburgu, nie wszystkie dzieci wybiegły szczęśliwe. Miały świadomość, że ich nauczycielka nie będzie uczyła i prowadziła zajęć teatralnych od nowego roku szkolnego. Stanęły przed ogromnym dylematem. Czy wrócić do szkoły we wrześniu, czy szkołę zbojkotować i solidarnie stanąć po stronie zwolnionego nauczyciela. Tymczasem Ty, postanowiłaś walczyć. Od czerwca do września miałaś bardzo mało czasu, aby zorganizować nowe miejsce do prowadzenia zajęć.

W oczekiwaniu. Fot: Michał Ziembicki

W oczekiwaniu. Fot: Michał Ziembicki

P.Z.: Rzeczywiście, był to krótki czas na ogarnięcie tak wielkiego wyzwania jak decyzja o kontynuacji działalności Lustra jako zupełnie niezależnej grupy. Motorem napędowym stał się dla mnie jednak wspomniany dylemat dzieci oraz świadomość, jak wiele znaczy dla nich wszystkich grupa i nasza ponad dwuletnia już wtedy współpraca. Wiedziałam, że to nie może się tak skończyć i że muszę przynajmniej spróbować ratować Lustro. Po wstępnych więc rozmowach z dziećmi i rodzicami oraz upewnieniu się, że jest dla kogo walczyć, rozpoczęłam działania techniczno-organizacyjne. Maile, telefony, eksploracja terenu wirtualna i rzeczywista – słowem wielkie poszukiwania lokalu. Większość wcześniej zabukowana, niedostępna pod wynajem na regularne spotkania albo – i to okazało się być największym problemem – zbyt droga. Koszty wynajmu sali na cotygodniowe zajęcia były absolutnie nieopłacalne, a tym samym niemożliwe do ogarnięcia dla 13 osób, tyle liczyła wówczas grupa. Pod koniec sierpnia pojawiła się szansa wynajmu lokalu po kosztach przy jednym z edynburskich kościołów, co niestety ostatecznie też spełzło na niczym. Jak się okazało niższe opłaty to nie wszystko; nie chciałam podejmować ryzyka wpakowania nas w coś, co mogłoby być nieregularne czy nagle odwoływane; dezorganizacja zajęć i cotygodniowa niepewność czy będzie gdzie się spotkać na dłuższą metę byłaby chyba dla wszystkich męcząca i demotywująca. Suma summarum, ratować trzeba było się wyjściem awaryjnym pt. mój prywatny dom. Pamiętam, że czas naglił coraz bardziej, sierpień się kończył, a tu wciąż było tyle do zrobienia. Przestrzeń domowa musiała zostać przecież odpowiednio przeorganizowana, dokupić trzeba było trochę sprzętów etc. Z małym więc opóźnieniem, zajęcia ruszyły ostatecznie w połowie września, a nasze rozwiązanie tymczasowe, z dużym, muszę przyznać powodzeniem, ratuje nas do teraz. Cały czas oczywiście szukam innych opcji i trzymam rękę na pulsie z nadzieją, że być może któregoś dnia uda się zdobyć prawdziwą salę teatralną do prób. Tymczasem radzimy sobie jak możemy i dzielnie nie pozwalamy, aby warunki, w jakich się spotykamy ograniczały rozmach czy dynamikę naszych przedstawień.

D.B.: Lekcje języka polskiego, historii oraz zajęć teatralnych w grupie „Lustro Sceny” ruszyły od połowy września. Niesamowite, że dzieci wolały stanąć po stronie zwolnionego nauczyciela, oczywiście za zgodą i aprobatą rodziców. Na początku lat 90-tych kultowym obrazem dla określonych środowisk był film „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Film o nauczycielu, autorytecie i przewodniku, który pozwalał rozwinąć skrzydła jednostkom wbrew obowiązującemu stylowi życia. Czy ciebie jako nauczyciela wraz z uczniami i rozwijającymi skrzydła aktorami w „Lustro sceny” można porównać do wspomnianego „stowarzyszenia”?

P.Z.: Myślę, że troszkę na pewno, w końcu też, decydując się na działalność na własną rękę, postawiliśmy na indywidualność i niezależność naszej grupy. Tak więc, podobnie jak w „Stowarzyszeniu” – opór wobec narzuconej formy. Muszę przyznać, że rzeczywiście, gdy wracam pamięcią do tamtych czerwcowych wydarzeń i tego, jak solidarnie dzieci, tak po prostu, same z siebie stanęły za mną, nie mogę nie widzieć analogii do profesora Keatinga i jego uczniów. Jest to dla mnie niezwykle ważne i niezmiennie wzruszające, bo ilekroć oglądałam ten świetny film, nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że mogłabym stać się dla kogoś przewodnikiem takim jak on. Jeśli więc tak jest, to czuję się bardzo wyróżniona. Z drugiej strony „Stowarzyszenie” filmem do końca wesołym nie jest i zdaje się tylko potwierdzać, że indywidualistom nigdy nie było łatwo. Być może gdyby Lustro SCENY wciąż działało pod parasolem instytucji o, bądź co bądź, ugruntowanej pozycji, posiadającej wypracowane już kontakty i koneksje, mogłoby liczyć na większe zainteresowanie czy wsparcie ze strony tych, którzy mają ku temu środki i możliwości? Tylko za jaką cenę? Nie da się skrzydeł rozwijać, gdy ktoś te skrzydła podcina. Mimo wszystko wierzę, że warto zabiegać o możliwość podążania swoją własną ścieżką, jak również, że są jeszcze na tym świecie tacy, którzy to zrozumieją i docenią.

D.B.: Pod koniec listopada w Edynburgu, panowała późna jesień; właśnie rozpoczął się kolejny huragan przewracając kosze na śmieci, i porywając przy okazji wszelkie możliwe parasole. Deszcz padał poziomo, a niefrasobliwi spacerowicze uciekali w zacisze suchych domów. Tymczasem na zaciemnioną scenę teatralną weszła Wiedźma. W rolę strasznej Wiedźmy wcieliłaś się Ty, ale po kilku minutach na scenie szalała już tylko młodzież. Mówiąc kolokwialnie, szczęki spadły wszystkim, a łzy – tym razem ze śmiechu/radości – spływały po nie jednym policzku. Nikt nie spodziewał się, że przygotowana przez Was sztuka osiągnie taki rozmach. A biorąc pod uwagę, w jakich warunkach była przygotowana, trudno w to uwierzyć.

Premiera

Premiera “Pani Twardowska” Fot: Michał Ziembicki

P.Z.: Tak, to robi na wszystkich duże wrażenie – 15 osób w obsadzie, w tym sceny z bieganiem i tańcami, właściwie to sama do końca nie wiem, jak udało się to ogarnąć na tym metrażu, który jest naszą cotygodniową salą prób. Dodatkowo, scena, na której mieliśmy grać, była wcześniej do naszej dyspozycji tylko raz, na dwie godziny. W tym krótkim czasie musieliśmy zmieścić samo zapoznanie się z miejscem, próbę generalną spektaklu, próbę dźwięku i światła (w tym szybkie szkolenie dla naszego nieocenionego Dźwiękowca, który też był tam pierwszy raz w życiu), przymiarki dekoracji oraz ustalenia z fotografem i kamerzystą. Myślę jednak, że dzięki tak wysoko postawionej poprzeczce tym większa była satysfakcja, że się udało. Poza tym, osobiście staram się w każdej sytuacji szukać plusów, a mała przestrzeń, na której przygotowujemy przedstawienia, z pewnością niezwykle rozwija wyobraźnię. Większość z tego, co fizycznie pojawiło się na scenie podczas „Pani Twardowskiej”, w trakcie wszystkich prób pozostawać musiało właśnie tylko w sferze naszej wyobraźni, nie wspominając już o dynamice ruchów – na próbach ograniczonej do minimum. Dwa kroki na próbie trzeba było mnożyć przez dwa lub trzy na scenie i nie zapomnieć o tym podczas przedstawienia! Była więc to dla wszystkich bardzo intensywna szkoła twórczego kreowania świata, w której mały wycinek salonu musiał stać się ciemnym lasem, Łysą Górą i wielką karczmą. Jednakże, tym przecież jest teatr – „miejscem, w którym można zmieścić świat”.

Premiera

Premiera “Pani Twardowska” Fot: Michał Ziembicki

D.B.: Pamiętam owacje na stojąco i niedowierzanie, że w zaciszu domu można przygotować tak świetne przedstawienie. Trudno w tym miejscu wyróżnić kogoś z osobna, bowiem cała grupa zasługuje na ogromny szacunek. Może warto wymienić wszystkich…

P.Z.: Oczywiście, że tak! Obsada: Mikołaj Figiel, Alicja Pyzik, Natalia Rybicka, Natalia Kozyra, Wiktoria Syperek, Marysia Wojtyło, Róża Bilińska, Antosia Puchała, Sandra Biernaciak, Dorota Kajpust, Maja Gąska, Nicola Mclennan, Weronika Krawczyk i Marta Kajpust; jak również zespół techniczny, bez którego efekt końcowy nie byłby taki sam: Mikołaj Zając, Małgorzata Klimas, Marcin Florek, Jacek Syperek, Łukasz Wojtyło, Anna Błaszczyk, Wioletta Malinowska, Karolina Goc-Gąska, Małgorzata Bilińska i Michał Ziembicki oraz projekt afisza – pani Marlena Zięba.

Premiera

Premiera “Pani Twardowska” Fot: Michał Ziembicki

D.B.: Mieliście wystąpić z przedstawieniem w styczniu z okazji „Orkiestry Świątecznej Pomocy”, jednak do przedstawienia nie doszło.

P.Z.: Tak, mieliśmy wystąpić gościnnie ze spektaklem „Pani Twardowska czyli jak żona męża z piekielnej opresji ratowała” w ramach 24 Finału WOŚP w Edynburgu. Wszystko było już dograne i przygotowane na niedzielę 10 stycznia, niestety organizatorzy w ostatniej chwili musieli przenieść całą imprezę na sobotę 9 stycznia, a wtedy akurat nie było w Edynburgu jednej naszej aktorki. Jednogłośnie postanowiliśmy nie grać bez niej. Lustro SCENY to nie tylko występy przed publicznością, to przede wszystkim tworzący je LUDZIE.

D.B.: Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego…

P.Z.: Taki trochę kalejdoskop, trudno określić je jednoznacznie; sama grupa jest zresztą bardzo niejednorodna pod względem wiekowym, bo poza dziećmi, tworzy ją również – już – młodzież. W niektórych przypadkach różnica wieku jest nawet kilkuletnia, co jak wiadomo, na tym etapie życia, potrafi być naprawdę znaczące, a tu wszyscy pracują przecież ramię w ramię nad jednym spektaklem. Mamy więc, powiedziałabym, grupki, w których relacje są mniej lub bardziej przyjacielskie. Nad całą grupą natomiast rozciąga się wspólna relacja koleżeńska. W kontekście przygotowywanego przedstawienia jest to również wzajemny szacunek, empatia i grupowe wsparcie, co potwierdza chociażby wspomniany przykład z niedoszłym występem na WOŚP. Od samego początku staram się zaszczepiać we wszystkich „Lustrowiczach” poczucie, że są zespołem; że i sukcesy, i porażki są wspólne, a wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Praca nad kolejnymi spektaklami, występy, na pewno służą tej integracji i zacieśnianiu więzi. Na swój sposób rzeźbi je również upływający czas, w końcu wszyscy dorastają, dojrzewają, zmienia im się postrzeganie świata. Oczywiście, jak w każdej grupie, nie brakuje u nas sytuacji konfliktowych, co jednak, jak dotąd, nigdy nie osiągnęło statusu spraw nie do rozwiązania. Najważniejsze to rozmawiać ze sobą i wyrażać swoje uczucia, w czym pomagać ma właśnie teatr.

D.B.: „Lustro SCENY” posiada wiele atutów, ale jednym z nich jest z pewnością dwujęzyczność. W lutym tego roku – jak się wydaje – odnieśliście ogromny sukces. „Pani Twardowska” została wystawiona w szkockim parlamencie.

P.Z.: Tak, rzeczywiście 10 lutego mieliśmy zaszczyt wystąpić w szkockim parlamencie, w ramach wydarzenia „Celebrating diversity in Scotland – Polish Culture and Language”. Przerobiliśmy na tę okoliczność „Panią Twardowską” na „Mrs Twardowska, how a wife saved her husband from the devil”. Chciałabym wspomnieć tutaj, że opracowaniem anglojęzycznej wersji polskiego scenariusza mojego autorstwa zajęły się same dzieci i młodzież, powołaliśmy nawet tzw. Zespół Scenariuszowy. Co ciekawe, nigdy wcześniej nikt chyba nie brał pod uwagę opcji (a przynajmniej nie na poważnie) wystawiania po angielsku, ponieważ jednak pojawiła się szansa zagrania przed niepolską publicznością i to jeszcze w takim miejscu, postanowiliśmy wziąć byka za rogi. Początkowo planowaliśmy wystawić tylko krótkie fragmenty i wszystko dwujęzycznie. Lustro SCENY lubi jednak mierzyć wysoko, więc ostatecznie zagraliśmy pełen spektakl i, w całości po angielsku. Bardzo się cieszę, że się na to zdecydowaliśmy, bo trud naprawdę się opłacił. Przede wszystkim pozwoliło nam to odkryć nowe możliwości grupy, która po angielsku okazała się być równie zgrana jak po polsku.

Polskie diabły w szkockim parlamencie. Fot: Łukasz Wojtyło

Polskie diabły w szkockim parlamencie. Fot: Łukasz Wojtyło

D.B.: Plotki głoszą, że do szkockiego parlamentu dostaliście się taksówką w ostatniej chwili. Reakcja taksówkarza podobno była bezcenna ._

P.Z.: I to jeszcze jak, ale w końcu niecodziennie taksówkarz wozi do parlamentu wiedźmę w towarzystwie polskiego szlachcica w czapce z piórem i monstrualnej kobiety z czarnym uzębieniem oraz trzy, podejrzanie wyglądające strzygi… Pamiętam, że powtarzaliśmy mu kilka razy, gdzie chcemy jechać, chyba nie dowierzał. Co zaś do samej taksówki, to przy takiej ilości osób, rekwizytów i sprzętów, naprawdę ma się prawo wkraść czasem jakiś błąd logistyczny, i tu niezmiennie powraca jedno z naszych największych, zespołowych marzeń – własny TEATROBUS, w którym zmieściliby się wszyscy i wszystko, bez konieczności organizowania transportu na kilka pojazdów.

D.B.: Jak zostało przyjęte wasze przedstawienie przez szkocką publiczność? Zdaje się, że wśród zgromadzonych osób, nie wszyscy byli politykami.

P.Z.: Gromkie brawa i masa gratulacji, podobno też wiele osób przesiadało się z końca sali do pierwszych rzędów. Wnosząc po minach, nastrojach i uśmiechach po spektaklu, myślę, że odbiór był więcej nawet niż pozytywny. Najwyraźniej, magia polskiej ballady romantycznej zadziałała. I tak, na widowni zasiedli nie tylko politycy, a gościem honorowym imprezy był Richard Demarco – postać szeroko znana i uznana w środowiskach artystycznych na całym świecie, człowiek, który współpracował z samym Tadeuszem Kantorem. Już po występie, poprosił za pośrednictwem przedstawicieli Polskiego Konsulatu w Edynburgu o rozmowę z nami. To niesamowite, jak pełen był uznania, nie tylko dla samego spektaklu, ale i całej naszej działalności. Dość powiedzieć, że zaproponował nam wtedy spotkanie, jak również zapytał czy nie chcielibyśmy wziąć udziału we Fringe Festival! Pamiętam, że strasznie wzruszył się naszymi chałupniczymi warunkami pracy i był niesamowicie zdziwiony, że dokładnie wszystko przygotowujemy własnymi siłami. Aktualnie Lustro SCENY jest na etapie nawiązywania współpracy z Fundacją Demarco, no i czas pokaże, co z tego wyniknie dalej… a już teraz budujące i motywujące są dla nas jego słowa: „congratulations on your unique support for the strengthening of Polish-Scottish cultural relations”.

D.B.: Współpraca z fundacją Richarda Demarco, to kolejny dobry krok, w rozwoju waszej grupy teatralnej ale wiemy, że oprócz „Teatrobusa”, grupa potrzebuje profesjonalnej sceny do ćwiczeń z całym zapleczem i, wsparciem finansowym. W szkockim parlamencie gościł również konsul generalny w Edynburgu Dariusz Adler. Nie jest tajemnicą, że konsulat wspiera ośrodki kultury. Czy „Lustro SCENY” mogłoby liczyć na wsparcie z konsulatu?

P.Z.: Moim zdaniem jak najbardziej wpisujemy się w sferę, którą placówki konsularne wspierają, ale jak będzie w praktyce, tego nie wiem. W każdym razie na pewno spróbujemy skierować do nich jakieś zapytanie o możliwość ewentualnego wsparcia naszych przedsięwzięć, zwłaszcza po tym, jak mieli okazję zobaczyć nas na żywo w szkockim parlamencie.

D.B.: Wspomniałaś o Fringe Festival. W tym roku nie wystąpicie, ale z moich informacji wynika, że za rok, chcecie zaskoczyć publiczność czymś wyjątkowym.

P.Z.: Taki jest plan. Spektakl wyjątkowy, niezapomniany i uniwersalny, który trafiłby do widowni tego festiwalu, a więc ludzi z przeróżnych stron świata. Mamy już wstępny pomysł, co chcemy wziąć na warsztat. Jednak ostatecznie wyklaruje się to dopiero, myślę, jakoś w listopadzie tego roku, kiedy pozamykamy inne projekty i będziemy mogli skupić się tylko na Fringe Festival.

D.B.: Tymczasem teraz intensywnie pracujecie nad przedstawieniem „Kot w butach”. Prace idą pełną para, bowiem to już za chwilę.

P.Z.: Tak, premiera „Kota w butach” wg. tekstu Jana Brzechwy będzie miała miejsce już 1 maja, w ramach Pikniku Patriotycznego organizowanego przez oddział harcerstwa z Edynburga „Nieprzemakalni”, z którymi współpracę nawiązaliśmy w tym roku przy okazji wspomnianego finału WOŚP. Spektakl nie będzie oczywiście biletowany, czym mamy nadzieję choć trochę wesprzeć zaplanowaną przez harcerzy akcję zbierania funduszy dla Fundacji Wschód. Prace rzeczywiście idą pełną parą, bo i termin zbliża się nieubłaganie. Lustrowicze jednak najwyraźniej są świadomi wszystkich realiów, bo udało nam się zorganizować dodatkowe, całodzienne próby mimo trwających ferii szkolnych.

D.B.: „Wyznaję zasadę, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny i rzeczywiście, wszystkie wspomniane zmiany w ostatecznym rozrachunku wyszły nam jako grupie na dobre” – powiedziałaś na początku naszej rozmowy. Jak widzisz przyszłość Lustra SCENY?

Na zdjęciu: Mikołaj Zając, Richarda Demarco, Patrycja Zając. Fot: Barbara Ostrowska

Na zdjęciu: Mikołaj Zając, Richarda Demarco, Patrycja Zając. Fot: Barbara Ostrowska

P.Z.: Praca nad kolejnymi spektaklami, tak długo, na ile wszystkim starczy chęci i zapału, co jak dla mnie jest punktem wyjścia do całej reszty. W zależności od wyników współpracy z Fundacją Demarco, miejmy nadzieję, że też profesjonalna sala do ćwiczeń. Cały czas rozpatrujemy również możliwość wyjazdu w którymś momencie na jakiś konkurs/festiwal do Polski, no i oczywiście Fringe 2017. Co więcej, być może w perspektywie czasu zaczniemy grać spektakle z mniejszą ilością osób w obsadzie, co pozwoliłoby zróżnicować repertuar oraz zwiększyć częstotliwość grania; to jednak, póki co, taki luźny pomysł. Ponadto, noszę się z dojrzewającym powoli zamysłem sekcji dla dorosłych, mam już nawet kilku chętnych na przygodę ze sceną. I nie chodzi tu tylko o spektakle dla starszej widowni, być może, dałoby się np. zorganizować wiekową mieszankę aktorów w jednym przedstawieniu, czyli dorośli i młodzież na scenie! Lustrowiczom bardzo spodobał się ten pomysł, jak również opcja przeniesienia się, dla odmiany, na fotel widza. Wśród innych naszych planów znajduje się pomysł nagrywania własnej muzyki do przedstawień; aktualnie jesteśmy w trakcie tworzenia „domowego mini studia nagrań”. Lustro SCENY jest bardzo utalentowane muzycznie, mamy „na stanie” muzyków klawiszowych, klarnetowców i skrzypka, ja sama również gram, trochę komponuję, pomyślałam więc, że czemu by tego nie wykorzystać. Podsumowując, planów i pomysłów jest wiele, ogólnie zaś wszystko sprowadza się do odważniejszego sięgania po nowe możliwości.

D.B.: Czy wcześniejsze przedstawienia m.in. „Pani Twardowska”, będzie można jeszcze zobaczyć, czy sztuka powędruje na waszą „półkę”?

P.Z.: „Pani Twardowska” jest na tyle świeża, że mam nadzieję wystawić ją gdzieś jeszcze, ale wszystko przed nią to już raczej sfera archiwalna. Sceniczna powtórka perypetii Pana Twardowskiego to jednak też raczej kwestia tylko ewentualnych występów gościnnych. Organizacja powtórnego wystawienia tego spektaklu w formie biletowanej to dla nas za duże ryzyko, że nie zbierzemy kolejny raz wystarczającej liczby widzów, aby opłacić scenę. Miejsca na premiery naszych przedstawień opłacamy bowiem właśnie z pieniędzy za bilety. Jednak gościnnie – jak najbardziej; być może też, gdyby udało się z wyjazdem na festiwal do Polski, pojedziemy tam właśnie z „Panią Twardowską”, kto wie… Kwestia powtarzania raz wystawionych spektakli to, poza każdorazowymi kosztami wynajmu sceny, również sprawa możliwości ciągłego ich ćwiczenia, na co w obecnej chwili nie pozwalałaby długość naszych cotygodniowych spotkań, po prostu nie byłoby czasu na tworzenie rzeczy nowych. Tak to wygląda na ten moment, ale niewykluczone, że zmieni się w przyszłości.

Patrycja i Mikołaj Zając

Patrycja i Mikołaj Zając

D.B.: Oby wspomniana przyszłość obfitowała w nowe twarze, nowe możliwości i nowe przedstawienia, które przyniosą radość zarówno aktorom, ich rodzicom ale przede wszystkim publiczności, nie zapominając jednocześnie, że nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie Patrycja Zając – nauczyciel, kompozytor i scenarzysta

O Halloween i duchach porozmawiamy w październiku ._

P.Z.: Dziękujemy bardzo za te miłe słowa i życzenia, ale nie mogę tu nie wspomnieć o Zającu nr 2, bez którego nie byłoby Lustra SCENY. Mikołaj Zając – prywatnie mój mąż, a w grupie nasz nieoceniony dźwiękowiec i osoba zawiadująca wszystkim… technicznym. Wspiera mnie w projekcie Lustra od samego początku, służy radą i pomocą; bez jego wiedzy, doświadczenia i umiejętności nasze przedstawienia z pewnością nie byłyby takie same.

Dziękuję za rozmowę
OM | Damian Biliński

Zobacz video z premiery “Pani Twardowska” poniżej.

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA