Polscy przemytnicy

Kolumna ciężarówek na polskich rejestracjach zjechała z promu Stena Hollandica w Harwich w hrabstwie Essex. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, gdy strażnik wytypował jedną z nich do rutynowej kontroli. Potem kolejną. W sumie, w czterech tirach prowadzonych przez Polaków, znaleziono 68 imigrantów.

Kilka dni po tych wydarzeniach minister ds. imigracji James Brokenshire na zwołanych w trybie nagłym obradach Izby Gmin objaśnia posłom kolejne ruchy rządu w tej sprawie. Obiecuje wywrzeć większy nacisk na uszczelnienie granic – zarówno granic zewnętrznych UE, jak i połączeń morskich z Holandią oraz innymi krajami, z którymi Wielka Brytania utrzymuje bezpośrednie rejsy.

Ale dla nikogo nie jest tajemnicą, że wzmożone kontrole w portach mogą spowodować ich paraliż, a z powodu braku pieniędzy nie można wysłać więcej funkcjonariuszy straży granicznej do portów. Poza tym, na początku czerwca 2015 roku rząd w Londynie nie miał jeszcze pojęcia, z jak poważnym kryzysem imigracyjnym przyjdzie mu się zmierzyć w ciągu następnych kilkunastu tygodni. Póki co, należało podjąć doraźne działania, bo domagała się ich brytyjska opinia publiczna, zaniepokojona nie tyle samym faktem próby przemytu, co liczbą imigrantów wykrytych w jednym transporcie. Takie przypadki nie zdarzały się (jeszcze wtedy) zbyt często i w zasadzie każdy prowokował narodową dyskusję.

Dziurawe granice

Prom Stena Hollandica, podobnie jak jej bliźniacza siostra Stena Britannika kursująca na tej samej trasie, może pomieścić 230 aut osobowych i aż 300 ciężarówek. Służba graniczna portu w Harwich jest w stanie skontrolować jedynie 6 proc. z dobijających do brzegu tirów. To tylko 18 samochodów. Dariusz M., Grzegorz C., Radosław C. i Dariusz D. doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Niektórzy z nich robili ten sam przejazd już po raz czwarty. Za każdym razem prześlizgiwali się bez problemu. Mężczyźni od lat pracowali na trasach międzynarodowych, a więc wiedzieli o jeszcze innym, bardzo istotnym fakcie.

Otóż, podczas przeprawy do UK z Francji bądź Belgii ich samochody są kontrolowane dwa razy – pierwszy raz jeszcze na starym kontynencie, drugi – w porcie w Dover. Natomiast w przypadku przepraw z brzegu Holandii czeka ich tylko jedna kontrola – na Wyspach. Dzieje się tak za sprawą umowy granicznej między UK a Francją i Belgią, która zobowiązuje te państwa do sprawdzania pasażerów i ich samochodów przed wjazdem na prom. Taka umowa nie obowiązuje natomiast Holandii, skąd przypłynęły polskie ciężarówki.

Końcowe ogniwo

Samochody wyruszyły z Polski 2 czerwca ub. r. po brzegi załadowane sprzętem AGD, głównie pralkami. Po drodze zboczyły nieco z kursu, by w Holandii zatrzymać się przed jednym z magazynów i odebrać imigrantów. Śledztwo wykazało, że we wszystkich czterech samochodach ktoś majstrował przy tachografach, czyli rejestratorach montowanych w tirach, by kontrolować przebieg trasy kierowców. Chodziło o to, aby nikt się nie dowiedział o nieplanowanej wizycie w magazynie, bo dodatkowe kilometry mogłyby przecież zwrócić czyjąś uwagę.

To była zorganizowana akcja przemytu, a udział Polaków tylko końcowym ogniwem działań gangu przemytników. Wszyscy imigranci pochodzili ze wschodu. Wśród 68 osób ukrytych pomiędzy pralkami 35 było narodowości afgańskiej, 22 – chińskiej, 10 – wietnamskiej oraz jedna Rosjanka. Piętnaścioro z nich było dziećmi, a dwie spośród kobiet były w widocznej ciąży. Według detektywów cena, jaką zapłacili niektórzy z nich za całą podróż tj. z kraju pochodzenia do UK, to 25 tys. dolarów za parę. Ile z tego przypadło Polakom? Na rozprawie w styczniu Radosław C. przyznał przed sądem, że otrzymał 1 tys. funtów za każdego z przewiezionych przez granicę imigranta. Pozostali oskarżeni utrzymywali, że było to znacznie mniej.

Rutynowa kontrola

Zadanie nie było skomplikowane: z magazynu w Holandii dotrzeć na zachodnie wybrzeże i dostać się na statek do UK, potem zjechać z promu w Harwich, przejść odprawę graniczną i dotrzeć w okolice Newark w hrabstwie Nottinghamshire, gdzie na przemyconych czekali ludzie z gangu. Potem, zgodnie z planem, ciężarówki miały jechać do miejsc rozładunku wskazanych w dokumentach transportowych. Udało się już kilka razy.

Chwilę po drugiej popołudniu 4 czerwca 2015 roku, Stena Hollandica opuściła port Hook w Holandii. Po pięciu godzinach statek dobił do wybrzeży Wielkiej Brytanii. Trochę trwało nim tiry zaczęły zjeżdżać na ląd, a wtedy, pechowo dla polskich kierowców, strażnicy graniczni wytypowali samochody z polskimi rejestracjami do kontroli. Skanowanie zawartości przyczep promieniami rentgenowskimi zdradziło ich tajemnicę. Niektórzy z imigrantów ukryli się pomiędzy pralkami, inni po prostu na nich leżeli.

Czterech Polaków trafiło do aresztu. Na przesłuchaniu żaden z nich nie przyznał się do przemytu ludzi. Twierdzili, że nie byli świadomi ukrywających się w naczepach imigrantów. Po kilkunastu godzinach zostali zwolnieni. Brytyjczycy oddali im paszporty. Mieli odpowiadać z wolnej stopy.
Kilka osób spośród odnalezionych w ciężarówkach, w tym obie kobiety w ciąży, trafiło do szpitala. Część wystąpiła o azyl w Wielkiej Brytanii, a 15 osób w ciągu kolejnych dni wydalono z UK.

Okoliczności łagodzące

Przez jakiś czas oskarżeni utrzymywali, że są niewinni, ale zgromadzone przez detektywów dowody wymusiły w końcu na Polakach przyznanie się do popełnienia tego czynu. Na procesie przed sądem w Chelmsford obrońca polskich kierowców walczy o niższe wyroki. Dla 39-letniego Grzegorza C. współpraca z przemytnikami to jedyny sposób, by opłacić prywatną szkołę swoich dzieci oraz mieć na utrzymanie chorej żony, która w dodatku jest w ciąży, a wcześniej poroniła. Mężczyzna nie miał innego wyjścia. Podobnie pozostali, którzy uwikłali się w przemyt, bo mieli nóż na gardle. 45-letni Dariusz M. od lat pracuje w transporcie, gdzie zarobki są słabe, więc chciał dorobić. Radosław C., 39 lat, ma na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci. No i jeszcze Dariusz D., 40 lat, który zrobił to dla pieniędzy, ale brał udział tylko w końcowej fazie procederu i to nie on jest mózgiem operacji.

Przemyt z pewnością był zaplanowany i zorganizowany przez międzynarodową siatkę przestępczą, której udało się wwieść imigrantów na teren Unii Europejskiej, a Polacy zostali „zatrudnieni” jedynie do ostatniego etapu. Właściwie tylko tę okoliczność sąd uznał za łagodzącą. Mimo to 23 marca tego roku skazał każdego z kierowców na 5 lat więzienia. Po odbyciu kary mają zostać deportowani do Polski.

Paweł Chojnowski

goniec_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

/Autor

Brexit może nastąpić później

Szef MSZ Wielkiej Brytanii Jeremy Hunt powiedział, że ze względu na piętrzące się problemy, Wielka Brytania może potrzebować "dodatkowego czasu", aby sfinalizować przyjęcie przepisów dotyczących Brexitu - informuje BBC.

INFORMACJE I BIZNES

/Autor

Brexit może nastąpić później

Szef MSZ Wielkiej Brytanii Jeremy Hunt powiedział, że ze względu na piętrzące się problemy, Wielka Brytania może potrzebować "dodatkowego czasu", aby sfinalizować przyjęcie przepisów dotyczących Brexitu - informuje BBC.

OPINIE I PUBLICYSTYKA

/Autor

Cud natury czy in vitro?

Rodzicielstwo nie zna granic. Przekonała się o tym Polka, Beata Bienias z mężem, którzy po kilkuletnim zmaganiu się z in vitro zostali rodzicami trojaczków. Dwoje dzieci zostało jednak poczęte naturalnie.

STYL I KULTURA