POEZJA | MARIA MAŁGORZATA OGIŃSKA

NOTKA  AUTORSKA
Sandra Paziewicz alias Maria Małgorzata Ogińska.

Ukończyła studia o kierunku Literatura Angielska i Komunikacja na wydziale sztuki na Edinburgh Napier University. Pasjonuje się krytyką i teorią literatury, pisaniem poezji, prozy, jak i przekładem. Jej poezja koncentruje się w dużej mierze na krytyce społecznej, w szczególności na krytyce systemu kapitalistycznego i postawy ludzkiej ukształtowanej w tym systemie. Poezja ta charakteryzuje się bogatą treścią oraz poważną tematyką społeczną i egzystencjalną, jednak nie brakuje w niej  osobistych wątków, co potwierdzają liczne erotyki. Ponadto, poezja ta jest nacechowana metaforą i symbolem a styl przypomina niekiedy turpizm. Ogińska wyróżnia użycie zróżnicowanej i wyszukanej formy językowej, która kształtuje znaczenie utworu, jako jedną z ważniejszych cech poetyki. Autorka jest zdecydowaną przeciwniczką L’art pour l’art i twierdzi iż nadrzędną funkcją sztuki, poza jej funkcją estetyczną, są funkcje społeczne, zmuszające odbiorcę do analizy i namysłu. Autorka pragnie pogłębiać wiedzę z zakresu literatury, angażować się w terapię sztuką i kontynuować ścieżkę akademicką.  Swoją krytykę literacką, poezję i krótką formę publikuje na http://invictahumanitas.wordpress.com/.

do E.S.

Gdzie pętli sznur zaciska szyję
TAM za/o WSZE za daleko
do poboczysk skąpanych słońcami
spacerów skończonych miłością nad rzekami
ze smaczności utkanych barw Leśnych Malin Milczących
z latawców czarno – białych gazet z różnokolorowymi skrzydliskami
Gdzie pętli sznur zaciska szyję
Tam zbóż kłos zapładnia czerstwość chleba
Zmartwychwstania wschodu początki wskrzeszają jasność bólem
Gnania przed siebie bezlitosna POTRZEBA?
Pasie rozwścieczony ludzi rój
Tam pewien jesteś że nie ma nieba?
Gdzie pętli sznur zaciska szyję???
Już Stachu tam nic nie dolega?!?! …

DO MIŁOŚNIKÓW POEZJI RÓŻEWICZA, NA SPOKOJNĄ NIEDZIELĘ

pamiętaj abyś dzień święty święcił!

i co?
jeśmy Ocaleni? my czyli kto?

furgony porąbanych ludzi, którzy nie zostaną zbawieni

wciąż tu są

skrzypiące koła na mrozie NIE CHCĄ/Ę SIĘ UGIĄĆ pod ciężarem powagi
sytuacji, dźgane/a kikutami anorektycznych dusz

jałowe podesty gnijących władz lśnią w bursztynowym odbiciu krwi
niewinnych

ah, o tym już przecież było…..!? przepraszam Cię Odbiorco Kolorowych
Bilboardów

tamci i tak nie wiedzą o tym, a Ty już pewnie nie czzytasz?

czytasz?!

– tamci nie wiedzą o tym że ja płaczę patrząc przez palce jak furgonom z porąbanymi ludzmi, którzy nie zostaną zbawieni braknie miejsca na drodze do równości,wolności,  demokracji,

czytasz ale czy to Cię _______??? i czy powinno

niedziela 13/09/1942, 43,44…   czy   21/11/2012

 

ZAKONNICA

(wiersz najlepiej smakuje w samotności schłodzonej utworem muzycznym
Adama Hursta pod tytułem Rising – Powstanie)

Od tysiącleci
Przemieszczam swą widzialną część poprzez betonowe wyblakłe zimno
Stapiam się w śmiertelnym splocie z cichym chłodem pustynnych pomieszczeń

bóg, nie jest miłością!

Wnętrze gładko przyległych tkanek miękkich przepełnione OLBRZYMEM nicości
Jedynymi owocami związku z ‘Nim’ będą czerstwe martwe i cierpkie dzieci
Strach przed bólem zrodzonym z tęsknoTY???

bóg nie jest miłością?

Łakoma pieszczot źrenic
Sterylnych sióstr ukrzyżowanych poświęceniem
Świadomie miotam wyzwanie pożądania w ich opustoszałe przestrzenie międzyudowe
Jęzorem jak skalpelem złowieszczo tną stęchłe powietrze
Lub jak ‘On’ bezkarnie milczą w strachu i niemocy

bóg nie jest miłością!

Świadomość pługiem bólu orze szare pory głodnej skóry
Grot piołunu przyssany do serca jak pijawka
Brakuje odwagi by wziąć diabła za rogi – przywiązać grzechem węża do szyi
Wiecznością zagasić niespokojne korytarze przygasłych źrenic

bóg nie jest miłością?

Zbiegam późną czernią bez śladu świetlików
Dorożki poprzeplatane wyuzdanymi kolorami sukien i pomad
Powłóczę szalem zazdrości o twardy bruk
Cień końca klasztornej pokuty maluje błogość

bóg nie jest miłością!

Rozprostowując włosy do łydek zatapiam w kanale (wraz z płaszczem) ostatnie okruchy przerażenia
Zrzucam kajdany ideologicznego piekła unosząc piersi
Och jak jędrne jeszcze i nabrzmiałe!

Słyszę tętent coraz cichszych kroków
Kropla teraźniejszości zwalnia pod malowniczym dźwiękiem oddechu czerni kruczego skrzyła
Końcem języka smakuję zbawienie

Mocnym szarpnięciem zbawiciel przypiera mnie do sklepienia łukowego
Spogląda przez szeroko otwarte okna źrenic
Ma oczy mędrca, twarz spokojną
Chwyta wygłodniałe dotyku nadgarstki
Uśmiechamy się

Oto Ja służebnica Pańska!
Rzuca mną o wieczną czarność ziemi
Pośladki drżą z podniecenia
Rozszarpuj siekaczami mój habit!
Na ćwiartki!

Jego usta podróżują po moich nagich wyspach wypełniając mnie po ostatni por uda

Przekłuwaj szybko szatańskim żądłem grzechu!
Uwalniaj demony rozkoszy!
Niech krwiożercza rozpusta wylewa się krwistością z kielicha życia!

Moje wnętrze jest świątynią światła
Za przyzwoleniem gładkość włosów oplata nagość szyi

Wciąż jest w środku i dusi coraz mocniej

A jednak bóg jest miłością!
W końcu szepnął MAŁE słóWko W uszko Volanda

Ja Maria Małgorzata

Gasnę
Skradając odbicie sepii z oczu zbaWiciela

Przy kanale zjednoczenia W Wyblakłym od deszczu mieście….

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *