NIC NIE ROBIĆ, CZYLI DOLCE FAR NIENTE

Pozostanę przy temacie pizzy, bo jest przyjemny dla nas wszystkich. Ale pytanie: jak wielu z was po krótkim „mmm, pizza” zaczyna mieć poczucie winy, przełyka ślinę i odrzuca myśl o niej? Bo pizza jest tłusta, ma mnóstwo węglowodanów i każdy wie, że nie wolno jej jeść za często.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem nieco w tyle za kobietami z całego świata, ponieważ dopiero teraz czytam światowy bestseller Amerykanki Elisabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj”. Film już obejrzałam i mimo obecności Julii Roberts nie zrobił na mnie większego wrażenia, mimo że chyba powinien zrobić – byłam po rozstaniu, jak główna bohaterka, i powinnam była uczyć się jak łata się dziury w porwanym sercu. Ale jakoś nie potrafiłam. Może miało to coś wspólnego z tym, że oglądałam go w obskurnym kinie na Peckham, pijąc Bacardi Breezer, z koleżankami, które za wszelką cenę próbowały mnie rozśmieszyć. Trudno wtedy o rozczulanie się nad sobą i wynoszenie pożytecznych lekcji życiowych. Teraz mojego serca nikt nie łamie, a jednak dojrzałam do tego, aby nie tyle odnaleźć siebie, co nauczyć się rozpieszczania siebie i tego, czego nie potrafię opanować – rozkoszy nicnierobienia.

Kiedy Elisabeth przebywa we Włoszech, ucząc się języka, który do niczego jej się nie przyda, ale którego brzmienie uwielbia (wciąż powtarza pewne słowa, np. „telefonino” – dużo bardziej urocze niż po prostu „telefon”), pewien Włoch wytyka jej, że Amerykanie nie potrafią się wyluzować, że bez przerwy za czymś gonią. Nie wiedzą, co to jest „dolce far niente”, czyli po włosku właśnie – rozkosz nic nierobienia. To prawda, którą można dopasować do wielu z nas. A z pewnością do mnie.

Mój chłopak często podnosi na mnie głos w słuchawce: „Czy ty nigdy nie odpoczywasz?” i wiem, że bardziej niż o troskę o moje samopoczucie chodzi o to, żebym nie przeszkadzała mu w jego własnym „dolce far niente”. W Wielkiej Brytanii oczywiście ludzi, którzy dolce far niente lub może „zamierzam spędzić cały dzień z moim Playstation, przynieś mi piwo”  opanowali do perfekcji, nie brakuje, dlatego właśnie George Osborne nie jest najgorszą rzeczą, która spotkała Brytyjczyków (choć ze świecą szukać dużo gorszych…).

A ja jestem zupełnym przeciwieństwem – nawet czytanie tej książki sprawia, że czuję się winna, bo przecież powinnam: czytać wiadomości, wreszcie zrobić porządki w szafie i wynieść ciuchy na charity, zmyć w połowie już zdarty lakier do paznokci, pisać pracę akademicką, wydepilować brwi, zadzwonić do przyjaciółki w Polsce i drugiej przyjaciółki, która ma małe dziecko, zapłacić rachunki, ugotować lunch na jutro, no i kiedy ostatni raz byłam na siłowni? Ambicja swoją drogą, lecz chodzenie z taką listą w głowie bywa niezwykle męczące.

Co to ma wspólnego z pizzą – zapytacie. A ma, bo chodzi o wyzbycie się poczucia winy, że czegoś nie powinnaś lub coś powinnaś robić w danym momencie. Pizza i włoskie jedzenie w ogóle ma to do siebie, że jest diabelsko niezdrowe dla sumienia. Jak wszystkie inne grzeszne rzeczy, które uwielbiamy. Przy tym, co dzieje się we włoskiej gospodarce, wielu zastanowi się dwa razy, zanim zacznie kultywować sztukę nicnierobienia, ale ja postanawiam potraktować to jako motywację do zmian.

Zjadam więc zamiast dwóch 4 kawałki naszej ulubionej pizzy w piątkową noc, bo jest zbyt dobra, żeby ją zostawić. Na kolacji z przyjaciółkami zamawiam humus z oliwą, i w ogóle jem dużo chleba z oliwą i solą, na co moje koleżanki, borykające się z dietą, patrzą z przerażeniem. I choć nie mam w domu wagi, nadal noszę ten sam rozmiar spodni. OK, postawiłam na razie na opcję najłatwiejszą – zapomniałam o istnieniu słowa „dieta”. Jak jeszcze uczyć się dolce far niente? Sama nie wiem, ale kilka pomysłów, na które wpadłam, przyda się nam wszystkim.

Wyłącz Facebooka i wszystkie inne portale społecznościowe. Nie oszukujmy się, że potrafimy odpocząć, bezustannie odświeżając newsfeed.

Pozbądź się zwyczaju ciągłego planowania, konsumowania, produkowania i kreowania czegoś. Postaraj się zrobić choć jedną rzecz każdego dnia, która wcale nie musi mieć większego sensu dla świata. Niech ma sens dla ciebie.

Wyjdź  wcześniej na metro – takie oczywiste, ale nie potrafimy się tego nauczyć, a później przepychamy turystów z drogi. Swoją drogą ich powolność w poruszaniu się przechodzi granice nawet dolce far niente…

Tekst | Karolina Zagrodna
Fot | Fotolia

Sharing is caring!

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *