Między Polką a Anglikiem może zaiskrzyć

Oni cenią w Polkach przywiązanie do tradycji i rodziny, zaradność, nawet upór. One lubią angielską uprzejmość, powściągliwość i zdrowy rozsądek. Małgosia i Robert oraz Julia i Chris udowadniają, że między Polką a Anglikiem może „zaiskrzyć”.

Małgosia i Robert

Zanim Robert Brady poznał Małgosię, o Polsce nie wiedział nic. – Poza tym, że „wasi” piłkarze zremisowali z „naszymi” na Wembley w 1973 roku, przez co to nie „my”, a „wy” awansowaliście wtedy do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej – wspomina Robert. Było, minęło! Dziś Robert darzy Polskę wielkim sentymentem. Poznali się w polskim klubie. – To chyba była miłość od pierwszego wejrzenia… Tak, na pewno. Ale nie dlatego, że Mags jest Polką. Po prostu od razu zaiskrzyło, oboje wiedzieliśmy, że coś „wisi w powietrzu”.
– Najśmieszniejsze, że zanim poznałam męża, chciałam zostać zakonnicą. Tymczasem dziś jestem żoną i matką pięciorga dzieci – dodaje Małgosia.
Robert też nie planował zakładać rodziny. A jednak… – Mags jest prawdziwą polską katoliczką, dlatego chciała, żebyśmy zalegalizowali nasz związek. Powiedziałem: „Zgoda”. Kupiłem garnitur, Mags sukienkę, tydzień później byliśmy już małżeństwem. Planowaliśmy cichy ślub, tylko my i świadkowie, ale wiadomość szybko rozeszła się pocztą pantoflową. Tym sposobem, świętowaliśmy w gronie około 40 osób. To był fajny dzień – opowiada Robert.
Czy Polka i Anglik potrafią się dogadać? – Jesteśmy tego najlepszym przykładem. Miłość nie wybiera i nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak narodowość – śmieją się państwo Brady. Przyznają jednak, że „mieli z górki”, bo kiedy się poznali, Małgosia bardzo dobrze mówiła po angielsku (studiowała w Cambridge). – Dlatego postawiłem sobie za punkt honoru nauczyć się polskiego, ale jakoś nie wyszło. Za to sporo rozumiem i mam swoje ulubione słówka: „moje kochanie”, „mleczko”, „kawa”, „herbata” – śmieje się Robert. – W naszym domu język polski zawsze był i nadal jest obecny, tak jak polska kultura i tradycje. Nasze dzieci są dwujęzyczne, mamy mnóstwo polskich przyjaciół, zarówno tu – w UK, jak i w Polsce. A polskie jedzenie! Palce lizać – dodaje.
Kilka lat temu państwo Brady planowali przeprowadzkę do Polski. – Właściwie byliśmy już spakowani… Los chciał inaczej. – Zostaliśmy m.in. dlatego, że udało mi się tu znaleźć swoją małą Polskę. Mówię o Polish British Integration Centre, które „raczkowało” w naszym salonie. Dziś działa prężnie. Pomaga stanąć na nogi Polakom, którzy przyjechali do Anglii – tłumaczy Małgosia. – Mamy tu misję do spełnienia, po prostu – mówi.

– Jesteśmy zabiegani, ale przez to szczęśliwi i spełnieni. Mamy pięcioro cudownych dzieci, czego chcieć więcej? – twierdzą. Oprócz Alicji i Zosi są jeszcze: 11-letni Adam, 8-letni Robert (przez domowników zwany „Bobo”) i wisienka na torcie Antoś (wiek – 1 rok). – Teraz chciałbym już czekać aż zostanę dziadkiem, ale obawiam się, że Mags nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania. – Pytasz czy chcę mieć kolejne dziecko? Zastanawiałam się nad tym – mówi Gosia. – Oho, wiedziałem!

Julia i Chris

– Gdyby ktoś mi kiedyś wywróżył, że poślubię Anglika i wyemigruję z Polski, pewnie bym go wyśmiała. Ja? Polka z krwi i kości? W życiu! – mówi Julia, żona Chrisa, mieszkanka Bedford, UK.
Do Anglii przyjechała w 1993 roku na rok, podszkolić język. – Miałam wtedy 24 lata, studiowałam anglistykę, dlatego pomyślałam, że taki wypad do UK, to świetny pomysł. Moja polska przyjaciółka zdążyła tu już zapuścić korzenie, zaprosiła mnie do siebie, więc miałam się gdzie zatrzymać, nie jechałam w ciemno. To ona przedstawiła mi Chrisa – wspomina Julia. I dodaje: – Fajerwerków nie było. Mało tego, byłam przekonana, że Chris za mną nie przepada. Wydawał się dość chłodny – śmieje się Julia.
Szybko okazało się, że to tylko „angielska powściągliwość”. – Na imprezie sylwestrowej Chris złapał mnie za rękę, czym wprawił mnie w totalne osłupienie… i tak się zaczęło. Oświadczyny też były dla mnie zaskoczeniem – przyznaje Julia. – Po roku w UK wróciłam do kraju, żeby skończyć studia. Ale często przyjeżdżałam do Anglii. Chris odbierał mnie w Dover. Któregoś razu przyjechał z pierścionkiem – wspomina. Bez wahania powiedziała „tak”. – Wkrótce wzięliśmy ślub. Dyplomu broniłam już jako mężatka, z brzuszkiem – śmieje się Julia.
A jak Chris dogaduje się z teściową? – Bez słów, bo mama nie mówi po angielsku, a mąż po polsku. Próbował się nauczyć, chodził na kursy, ale okazał się być totalną „nogą do języków”. Nawet jego nauczycielka powiedziała, że nic z tego nie będzie. Dziś szpanuje zdaniami: „To jest okno.”, „To jest lampa.”, „Ja lubię rybę i frytki” – śmieje się Julia. – To dlatego, że wasz język jest piekielnie trudny, ale z mamą świetnie się rozumiemy – zapewnia Chris.
Po 17 latach małżeństwa, Julia i Chris ciągle się docierają. – Jak na Polkę przystało, jestem uparta, stanowcza i konsekwentna, m.in. w przestrzeganiu naszych polskich, rodzinnych tradycji i wartości – przyznaje Julia. – Stoczyłam np. prawdziwą batalię o tradycyjne polskie święta. Chris zawsze w wigilię wychodził z kolegami do pubu na piwko, celebrował dopiero pierwszy dzień świąt. Dla mnie to było nie do pomyślenia. A pierwsza gwiazdka? Kolacja wigilijna? Prezenty? A jaka była wojna o pierogi – wspomina Julia. Upór i konsekwencja się opłaciły. – Wigilię spędzamy rodzinnie. Polubiłem też polską kuchnię, szczególnie wasze wędliny, tylko do bigosu jakoś nie mogę się przekonać – przyznaje Chris. – Pracujemy i nad tym – zapewnia żona.
W domu to ona wprowadza dyscyplinę, pilnuje żeby chłopcy: 16-letni Filip, 12-letni Mikołaj i 8-letni Franio, odrobili lekcje. – Chris ma świetny kontakt z synami, jest taką „ciepłą ręką”. Jak mama nakrzyczy, to biegną do taty – opowiada Julia.
Wychowujecie synów na Polaków czy Anglików? – Oni sami muszą zdecydować. Właśnie wyrabiamy im polskie paszporty. Chcemy, żeby mieli wybór, gdzie chcą żyć, pracować, założyć rodziny – przyznają zgodnie. – Zawsze zależało mi, żeby moje dzieci mówiły po polsku, ale to trudne zadanie. Filip jest dwujęzyczny, podobnie jak Mikołaj, choć mówi z angielskim akcentem. Za to Franio komunikuje się głównie po angielsku i trudno mi go namówić na polski. Ale się nie poddaję, to nie w moim stylu – twierdzi Julia.

Kasia  i Oli

Poznali się cztery lata temu podczas studiów na uniwersytecie w Londynie. – Mieliśmy po 21 lat. Kasia wprowadziła się do akademika, w którym mieszkałem. To były fajne czasy – wspomina Oliver. To on zrobił pierwszy krok… i drugi… i kolejny. – Nie byłem zbyt oryginalny. Próbowałem podrywać Kasię na studenckich imprezach suto zakrapianych alkoholem. Na jednej z nich wybełkotałem w końcu coś w rodzaju: „Bardzo mi się podobasz” – śmieje się Oli. Pół roku później byli parą.
– Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, szybko okazało się, że świetnie się dogadujemy i nie potrafimy bez siebie żyć. To że pochodzimy z dwóch różnych krajów, nie miało żadnego znaczenia – twierdzą zgodnie.
Oli miał mgliste pojęcie o Polsce. – Dawno temu byłem na Litwie. Wyobrażałem sobie, że Polska wygląda podobnie, obdrapane budynki, szare ulice. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Polska to naprawdę piękny kraj. Mógłbym tam zamieszkać – twierdzi Oli.
Na razie mieszkają jednak w UK. – Ale zostawiamy sobie otwartą furtkę. Zapuścimy korzenie tam, gdzie uda nam się znaleźć dobrą pracę – dodaje Kasia.
Chwilowo dzielą dom z rodzicami Oliego. – Mam fajną teściową, choć pewnych spięć nie da się uniknąć – śmieje się Kasia. Oli na swoją teściową też nie może narzekać, choć początki nie były łatwe. Rodzice Kasi nie pojawili się na ślubie. – Byli przeciwni. Nie chodziło o to, że wychodzę za mąż za Anglika. Uważali, że jestem za młoda na małżeństwo, nie chcieli też, żebym mieszkała na stałe za granicą. Mama powiedziała: „Naprawdę chcesz mieszkać w Anglii? To wyspa, powietrze jest wilgotne, nabawisz się reumatyzmu, to niezdrowo dla kości!”
Ale miłość rządzi się swoimi prawami. – Zakochałam się w Olim nie dlatego, że jest Anglikiem, to po prostu fajny facet. Dlatego kiedy się oświadczył, powiedziałam „tak”. Mieszkaliśmy wtedy w mikroskopijnym mieszkanku w Londynie. Pamiętam, że było strasznie zimno, popijaliśmy wino i nagle Oli zapytał: „Może byśmy się pobrali?”. Brzmi mało romantycznie, to prawda, ale podziałało – wspomina Kasia.
Potem przeprowadzili się do Edynburga, a stamtąd do Amphill (rodzinne strony Oliego). Ostatnie miesiące nie należały do najłatwiejszych. – Szukaliśmy pracy, było ciężko. Na szczęście udało nam się jakoś stanąć na nogi – mówią.
Plany na przyszłość? – Marzymy o własnych czterech kątach. Chcemy mieć dzieci, może jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno. I będą dwujęzyczne – mówi Kasia, która póki co uczy polskiego swojego męża. – Mówię troszkę po polsku – przyznaje Oli (łamaną polszczyzną). – Byłem całkiem pewny siebie, do czasu kiedy na dworcu kolejowym w Polsce poszedłem kupić coś do picia. Powiedziałem : „Poproszę dwie kawy z mlekiem”. Wróciłem z dwoma hod-dogami – śmieje się Oli. Nieźle się też zestresował, kiedy podczas pobytu w Polsce, Kasia oświadczyła, że jej ciocia gotuje – specjalnie dla Oliego „gołąbki”. – Mam zjeść gołębia? W życiu! Przeżywałem katusze. Odetchnąłem z ulgą dopiero kiedy zobaczyłem, jak wyglądają polskie gołąbki. Uwielbiam to danie, i wasz bigos – mówi Oli.
Źródło | Goniec.com
goniec_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA