Miasto śmierci

Znaków zapytania nie brakowało. I nie brakuje do dziś. Jaka tajemnica kryje się za samobójczą śmiercią 79 młodych ludzi w walijskim mieście Bridgend?

Był 5 styczeń 2007 roku. Kiedy w opuszczonym warsztacie znaleziono wiszące na sznurze ciało 18-letniego Dale’a Crole’a nikt nie przypuszczał, że to początek czarnej serii. Tymczasem niedługo potem powiesił się David Dilling (19), a następnie Tom Davies (20), Allyn Price (21) i James Knight (26). W ich ślady poszli inni. W ciągu pięciu lat w Bridgend i okolicach miasta samobójstwo popełniło 79 osób w wieku 13-41 lat. Zdecydowaną większość stanowili nastolatkowie i młodzi ludzie dopiero wchodzący w dorosłe życie.

Liczba 79 to oficjalne dane, chociaż nie brakowało spekulacji, że zgonów mogło być więcej. Wpłynęło na to nie do końca przejrzyste postępowanie policji, która w 2010 roku zaapelowała do dziennikarzy, żeby nie informowali o kolejnych samobójstwach – chcąc w ten sposób położyć tamę pladze śmierci i zniechęcić potencjalnych naśladowców. Co więcej, funkcjonariusze nie komentowali różnych pojawiających się teorii na temat przyczyn tajemniczych zgonów, a posłanka z tego okręgu Madeleine Moon stwierdziła wręcz, że to media są częścią problemu. Dlaczego? Bo podgrzewają atmosferę szukając sensacji.

Tymczasem znaków zapytania nie brakowało. Zaledwie jedna osoba pozostawiła list pożegnalny, a niemal wszystkie ofiary znaleziono powieszone w charakterystyczny sposób – z palcami stóp dotykającymi podłoża bądź w pozycji klęczącej. Znamienny jest też fakt, że życie odbierali sobie młodzi ludzie, którzy w większości wcześniej sprawiali wrażenie szczęśliwych, a wielu z nich miało szerokie plany na przyszłość…

Feralne drzewo

– Z zadowolonego, tryskającego humorem chłopca, nagle zmienił się w zombie – mówiła Elaine Beecham. W lutym

2010 roku jej 20-letni syn Justin przyznał, że ma myśli samobójcze, dlatego rodzice zorganizowali mu spotkanie z psychologiem. Na niewiele się to jednak zdało. W środku nocy chłopak poszedł do drzewa na którym wcześniej powiesił się jego przyjaciel Tom Davies, zarzucił szlafrok na gałąź i próbował się zabić. Materiał nie wytrzymał pod naporem ciężaru, 20-latek spadł na ziemię, po czym wystraszony wezwał pogotowie. Kilka godzin później powiedział do swojej matki – „na szczęście dla ciebie pękło”. Ale, jak się okazało, nie odpuścił. Jednej z kolejnych nocy, dokładnie o godzinie 1.45, chwycił za pasek od spodni i wybiegł z domu, a widząc to przerażona Elaine Beecham zadzwoniła na policję. Chłopak znowu skierował się ku feralnemu drzewu i mimo szybkiej akcji ratowników tym razem skutecznie zrealizował swój plan. Podobnie jak w innych przypadkach można było odnieść wrażenie, że jakaś niewidzialna siła pchała go do samobójstwa.

Potem rutynowe czynności, identyfikacja ciała, rozpacz bliskich. I powracające pytanie – „dlaczego?”. A także tatuaże wykonywane przez członków rodziny i przyjaciół zmarłych, mające podtrzymać pamięć o tych, którzy odeszli.

Rówieśnikiem Justina Beechama był Liam Clarke. 20-latek miał czarny pas w taekwondo, dobrze płatną pracę i pogodne usposobienie. Często był duszą towarzystwa – tak, jak podczas firmowego przyjęcia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia 2007 roku, kiedy przebrany za św. Mikołaja rozdawał prezenty i zabawiał kolegów z pracy. Tryskał humorem, a dwa dni później… już nie żył. Po kłótni ze swoją dziewczyną powiesił się na miejscowym placu zabaw.

– Zachowywał się tak, jakby coś złego w niego wstąpiło. Wychodząc z domu wykrzykiwał „Pokażę ci!” – opowiadała matka chłopaka Alison. W pogrzebie Clarke’a uczestniczyła jego była dziewczyna Kelly Stephenson. – Nie mogę uwierzyć, że Liam zachował się tak samolubnie. To niepojęte – mówiła 20-latka do swoich bliskich. Ale dzień po tym, jak dowiedziała się, że jej kuzyn Nathaniel Pritchard popełnił samobójstwo, zrobiła to samo.

Bez nadziei

Bridgend, południowa Walia. Bogata tradycja, historia miesza się z teraźniejszością. Wykopaliska wskazują, że okolica była zamieszkana już w okresie przedrzymskim. Później przechodziła różne koleje. Podczas II wojny światowej w mieście znajdowała się jedna z największych w kraju fabryk amunicji, zatrudniająca 40 tys. pracowników. Okoliczne tereny słynęły z kopalń węgla, którym kres położyła dopiero twarda polityka brytyjskiej premier Margaret Thatcher. Po ich zamknięciu pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia wielu ludzi straciło pracę i źródło utrzymania. W to miejsce wyrosły fabryki.

Obecnie w Bridgend mieszka 39 tys. ludzi. W samym mieście, gdyż okręg noszący identyczną nazwę liczy ponad trzykrotnie więcej mieszkańców. Pamięć o wydarzeniach sprzed kilku lat jest tu ciągle żywa, odbiły się one szerokim echem nie tylko na Wyspach. Bo chociaż masowe targnięcia się na własne życie zdarzały się w historii także wcześniej, to jednak sporadycznie i nigdy na taką skalę.

„Najbardziej posępne miasto w Wielkiej Brytanii”, „Miasto samobójców”, „Miasto bez nadziei” – donosiły tytuły gazet.

– Tak duża liczba samobójstw w jednym miejscu jest zjawiskiem zupełnie niespotykanym – twierdzi dr Lisa Boesky, autorka książki „When to worry: how to tell if your teen needs help”.

Dlaczego do tragedii doszło akurat w Bridgend? Snuto na ten temat różne teorie. Według jednych, winny temu jest przygnębiający, ponury klimat i gęste mgły, które często spowijają okolicę. Z kolei inni dowodzili, że to, co się wydarzyło, jest klasycznym przykładem „efektu Wertera”. W wydanej w 1774 roku książce „Cierpienia młodego Wertera” Johann Wolfgang Goethe opisuje historię młodego mężczyzny, który strzela sobie w głowę z powodu nieodwzajemnionej miłości oraz faktu, że nie potrafi odnaleźć się w burżuazyjnym społeczeństwie, w jakim przyszło mu żyć. Powieść odbiła się szerokim echem w całej Europie, a po jej publikacji wielu młodych mężczyzn, wzorując się na bohaterze, popełniło samobójstwo – na zasadzie efektu domina.

W przypadku Bridgend dochodzi do tego tzw. syndrom Gilberta Grape’a, który

można streścić jako znudzenie życiem w peryferyjnej okolicy. Jedna z dziewcząt pytanych przez „The Telegraph” stwierdziła wprost: – Ludzie popełniają samobójstwa, ponieważ nie ma tu nic ciekawego do robienia. A inna przyznała: – Naprawdę czasami czuję, że nigdy się stąd nie wyrwę.

– Samobójstwa w Bridgend prawdopodobnie są efektem naśladownictwa. Ale nakłada się na to wiele różnych czynników – impulsywność, upadająca ekonomia, beznadzieja dnia codziennego oraz mgły otaczające miasto, szczególnie podczas długich zimowych miesięcy – uważa Loren Coleman, autorka książki „Suicide Clusters”.

Raport koronera

To tylko część przypuszczeń, bo nie brakowało i innych. Według jednej z hipotez ofiary mogły należeć do internetowego kultu samobójców. Kiedy odnajdywano wisielców, często ich przyjaciele zakładali w sieci poświęcone im strony pamięci. Cieszyły się one dużą popularnością, przynosząc zmarłym po kilka tysięcy „przyjaciół” – znacznie więcej, niż mieli w realnym życiu. To mogło działać na wyobraźnię tym bardziej, że – jak się okazało – w dwóch przypadkach osoby piszące panegiryki na cześć ofiar, kilka tygodni później same zdecydowały się na samobójczy krok.

Pojawiła się również teoria, że śmierć młodych ludzi to uboczny efekt doświadczeń prowadzonych na zlecenie brytyjskich służb specjalnych, testujących za pomocą fal radiowych sterowanie ludzkim umysłem i ludzkimi zachowaniami – jako kontynuacja amerykańskiego programu Pandora, testowanego przez CIA w latach 60. ubiegłego wieku.

Do ciekawych wniosków doszedł z kolei psychiatra, prof. David Healy. Jak zauważył, w dziewięciu przypadkach samobójcy z Bridgend zażywali leki antydepresyjne, ale i w odniesieniu do innych ofiar tego nie wykluczono. Co ciekawe, jak udowodniono wcześniej, na liście medykamentów mogących mieć wpływ na popełnienie samobójstwa bądź zabójstwa są różne tabletki – na utratę wagi, przeciwbólowe, antykoncepcyjne, przeciwdrgawkowe, na astmę, na trądzik. A także duża liczba antybiotyków.

– To bardzo ważny ślad, tyle, że koronerzy często nie wykazują tego w swoich raportach. Chyba, że przedawkowanie leków było bezpośrednią przyczyną śmierci – dowodzi prof. Healy, podkreślając, że nie ulega wątpliwości, iż wielu samobójców z Bridgend zażywało leki antydepresyjne. Jednak wiemy o tym tylko dlatego, że policja bądź rodziny zmarłych poruszały ten wątek podczas śledztwa, co podchwycili dziennikarze w swoich artykułach.

A może rację ma Alex Shoumatoff, który na łamach „Vanity Fair” pisze, że problem leży w klimacie społecznym. Wysokie oczekiwania materialne współczesnego społeczeństwa, brak perspektyw, utrata tradycyjnych wartości, rozbite rodziny – to czynniki wpływające na dezintegrację życia. Zostaliśmy zredukowani do roli konsumentów, gdzie duchowość i myślenie nie są w cenie.

Cofnąć czas

Powiesiła się we własnej sypialni, niemal rok po zgonie Dale’a Crole’a. 17-letnia Natasha Randall była piętnastą ofiarą samobójczej serii w Bridgend, a jednocześnie pierwszą osobą płci żeńskiej na tej liście. Niedługo potem odnaleziono kolejne zwłoki, 16-letniej Jenny Perry, na które natknął się mężczyzna spacerujący z psem. Sznur przywiązany był do najniższej gałęzi drzewa, dlatego dziewczyna wyglądała jakby klęczała i modliła się. Z relacji jej matki wynikało, że córka ostatnio była przygnębiona, gdyż jej były chłopak znalazł sobie inną wybrankę. – Ale przecież to nie tłumaczy podjętego przez nią kroku. Nie wierzę, że Jenny świadomie chciała się zabić, myślę, że to był przypadek – mówiła matka samobójczyni.

Te dwa zgony zapoczątkowały kolejne. Co jest o tyle dziwne, że zazwyczaj nastolatki i kobiety popełniają samobójstwo przedawkowując leki albo podcinając sobie żyły. Powieszenie wśród nich jest rzadkością – zdaniem specjalistów dlatego, że przywiązują większą wagę do swojego wyglądu niż mężczyźni, nawet po śmierci. Przy czym w ich przypadku to raczej krzyk o pomoc, stąd używany czasami termin parasamobójstwo – oznaczający świadome samookaleczenie się, mające zwrócić uwagę innych, bez intencji rzeczywistego odebrania sobie życia.

Tajemnicze wydarzenia w walijskim mieście pchnęły reżysera Johna Micheala Williamsa do zajęcia się tematem. Amerykanin przyjechał do Bridgend, gdzie przeprowadził własne dochodzenie.

– Bliscy ofiar mówili mi, że nigdy nie spodziewali się, iż coś takiego może się zdarzyć. Dla nich było to zupełne zaskoczenie – przyznał Williams, który spędził trzy lata zgłębiając sprawę. Owocem tego jest film dokumentalny „Bridgend”. – Uczymy dzieci, żeby nie siadały za kierownicą samochodu po alkoholu, albo nie brały narkotyków. Okazuje się, że musimy robić to samo odnośnie samobójstw – dodał filmowiec.

Śmierć bliskich, tym bardziej w takich okolicznościach, powoduje różne reakcje. Michelle Stephenson, która w czarnej serii straciła 6 członków rodziny oraz przyjaciół, na swoje 40. urodziny zaprosiła 150 gości i wyprawiła bal. Każdy przyszedł w odświętnym ubraniu, a didżej puszczał tylko stare piosenki – żeby symbolicznie, na tę jedną noc, cofnąć czas. – Ludzie mówili, że są ze mnie dumni, gratulowali, że po tym wszystkim się nie załamałam. A cóż mam robić? Podnoszę głowę do góry i idę dalej – stwierdziła 40-latka.

Źródło | Piotr Gulbicki
cooltura_logo_150

DOBRA ZMIANA … TO KASZANA! ZRÓB DOBRĄ ZMIANĘ PO SWOJEMU! A NIE WEDŁUG WZORU PREZESA

Krok po kroku – Emigracja / Koszt £ 4.00 „Emigracja. Krok po kroku”, to gotowa instrukcja wyjazdu za granicę: przygotowanie do wylotu; lotnisko i taksówka; lista agencji pracy i pracodawców; wzór brytyjskiej aplikacji o pracę oraz cv; gdzie i jak szukać pokoju; najszybszy sposób – kontakty i telefony – na załatwienie niezbędnego ubezpieczenia, konta bankowego i przychodni oraz wszelkich formalności; a także lista najczęściej popełnianych błędów na podstawie życia codziennego na emigracji właśnie.

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

/Autor

Miłość: On muzułmanin, ona chrześcijanka

On muzułmanin ze stolicy Bangladeszu, ona chrześcijanka z miasteczka w zachodniej Polsce. Poznali się w Berlinie. Synka urodziła zaraz po maturze. Historia jak z „Faktu”, a jednak się udało. Oto Klaudia, Mamun i ich multikulturowy „happy end”. Wychowana w rodzinie „patchworkowej”, Klaudia pragnęła, by jej własna była taka „na zawsze”. Życie wystawiło ją na większą próbę, niż zakładał plan.

STYL I KULTURA

/Autor

Jak zostać dawcą szpiku

Pobranie szpiku jest bezpieczne ale wiąże się z paroma niedogodnościami związanymi z przeszczepieniem. Jednak nie są one zbyt dotkliwe. Przy pobraniu komórek macierzystych z krwi obwodowej trzeba się liczyć z jednodniową wizytą w klinice pobrania.