» Joanna Goldberg

Medycyna alternatywna, to potęga i żaden chory człowiek nie powinien jej pominąć. Podkreślam, żaden. Z tym, że trzeba z niej korzystać umiejętnie i nie wolno wierzyć we wszystko. I to zdanie podkreślam równie silnie.

__________________________________________________________________________________________

Do wszystkiego potrzebna jest wiedza, a zaręczam, że kiedy człowiekowi pragnącemu życia nad karkiem wisi śmierć, to chwyci się wszystkiego, bo ponoć tonący i brzytwy się chwyta. Niestety, doświadczeniem całego życia zaręczam Państwu, że chwytanie za brzytwę grozi amputacją bardzo przydatnej do życia kończyny i rzadko kiedy powoduje skutki pozytywne.

Dlatego nie wolno nam dać się oszukać. Na naszym cierpieniu, na strachu przed śmiercią żeruje całe stado tak zwanych uzdrowicieli i cudotwórców, którzy nie mają nic wspólnego z prawdą.

Bardzo długo zastanawiałam się nad tym, jak napisać ten tekst, bo problem jest poważny.

Chcę napisać o bioenergoterapeutach, o ludziach, którzy posiadają niezwykły dar, o ludziach w których kiedyś nie wierzyłam. Zostałam wychowana w kulcie nauki – czego nie da się zobaczyć pod mikroskopem to nie istnieje, to są baśnie i przesądy. Aliści nadszedł czas, kiedy mędrca szkiełko i oko okazało się bezsilne, a zadziałała inna, nieznana mi siła, z istnieniem której musiałam się pogodzić, bo trudno było zaprzeczyć jej skuteczności.
Mój ukochany Tato walczył z rakiem szczęki, był po wielu operacjach, ubytki tkanki twarzy należało przykryć płatami skóry pobieranymi z ud.

Niestety, pomimo wysiłków lekarzy rany w miejscu pobrania skóry nie chciały się goić. Wciąż były mokre, otwarte i bardzo bolesne. Nie było sposobu, żeby skończyć tę gehennę. I w końcu ktoś nam poradził, żeby pojechać do Radomia, do pana Mąkosy. Tato jest astrofizykiem i nie wierzył w te podania ludowe i baśnie, ale pojechał, bo było mu już wszystko jedno. Do Radomia jechał w spodniach z wyciętymi na udach dziurami, bo rany tak bolały, że nie dało się inaczej, trzeba było opatrunki zmieniać co 2 godziny. Po półgodzinnej sesji z bioenergoterapeutą wsiadł do samochodu z przekonaniem, że stracił czas i nadzieję, a w 20 minut później nikt z nas nie umiał zrozumieć, co się stało, bo stał się cud. Taki normalny i zwyczajny biblijny cud, jaki robił Chrystus. Rany, które wcześniej tak cholernie się ślimaczyły nagle, z niczego nic, wyschły i widać było, że zaczną się goić. Ustał też ból. Gdybym tego nie zobaczyła na własne oczy nie uwierzyłabym nigdy. Za tego uzdrowiciela modlę się nieustannie i od tamtego czasu przestałam wątpić w cuda, które drzemią w ludziach. Sami nie wiemy czym jesteśmy i gdzie są nasze granice.

Bioenergioterapia nie jest szatańskim wynalazkiem, ona po prostu jest, tak samo, jak my ludzie istniejemy jako część składowa jednej Planety. Wierzymy przecież w to, że człowiek składa się z ciała i z duszy, a dusza to energia i siła, jest nieśmiertelna.

Wiele mnie to doświadczenie nauczyło, ale zaciekawiło mnie coś jeszcze. Wiele lat potem sama potrzebowałam wsparcia uzdrowiciela, akurat byłam na Ukrainie i od zielarki i tak zwanej wid’my, po naszemu wiedźma, usłyszałam coś, czego do końca życia nie zapomnę.

Wsparcia uzdrowiciela potrzebowałam nie dla siebie, tylko dla tej wsi, w której mieszkałam i dla której byłam pielęgniarką, pogotowiem i lekarzem w jednym. To była niezwykła kobieta, bez jej ziół połowa wsi by wymarła, bo kto tam słyszał o lekarzach, ale ja chciałam opowiedzieć o tej rozmowie, która w tamtym momencie zahaczała dla mnie o magię. Ta kobieta, kiedy zdecydowałam się wieś opuścić dała mi na drogę radę. „Dziecko, ja stara i tylko tutaj pomagam, tobie nie pozwolę moich tajemnic poznać, bo długo trzeba się uczyć, to samo ziele leczy i to samo zabija, ale ja tobie dam radę. Ty w swoim świecie znajdziesz światło. Światło, które leczy. Ty wykształcona, mądra, ty będziesz wiedziała. Szukaj tego światła, ono ci pomoże.”
Z początku myślałam, że to przenośnia. Szukałam światła w książkach, w wiedzy, ale w pewnym momencie natknęłam się na Bioptron, lampę, która leczy. Nie mam pojęcia skąd niepiśmienna zielarka z bieszczadzkiej Ukrainy wiedziała o osiągnięciach najnowszej medycyny, ale nie zaprzątam sobie tym głowy. Bioptron jest rewelacyjny.

Kiedy nie mam pod ręką bioenergoterapeuty i wiedźmy z Ukrainy włączam Bioptron.

Oczywiście ta lampa nie jest magiczna, od śmierci nie ocali, ale potrafi zaoszczędzić dużo bólu. Przekonałam się o tym choćby na własnej skórze. Oparzenie wrzącym rosołem to bardzo mało śmieszne doświadczenie, szczególnie, jak się jest po chemii i radioterapii, boli jak cholera i trudno się goi, ale po naświetlaniach szybko przeszło. Nie tylko to, ma na swoim koncie ta lampa dużo „cudownych” osiągnięć, bez niej nie wyobrażam sobie terapii pooperacyjnej, rany w polskich szpitalach bywają zakażone gronkowcem. O tym się nie mówi głośno, ale taka jest prawda. Gronkowiec i otwarta rana jakoś nie idą ze sobą w parze, a co potem, to już staje się tylko udziałem pacjenta, bo polskie szpitale mają napięty budżet i jak najszybciej pacjenta starają się pozbyć, niech sobie idzie chorować gdzie indziej, najlepiej w UK, a o medycynie w UK już pisałam, więc wracamy do punktu pierwszego instrukcji przetrwania. Skupiamy się na sobie i wielkim głosem mówimy „Ja”. Ja chcę przetrwać, ja zrobię wszystko, żeby żyć, nie poddam się, ból nie istnieje, moja choroba nie istnieje, nawet jeśli umrę i tak będę żyć, jestem nieśmiertelna. I am immortal. I know I am immortal because I live In Scotland 😉

I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam z głębi serca wszystkich chorych i cierpiących. Kochani, doba, to tylko 24 godziny. Tyle da się przetrwać, a potem będą następne 24 godziny, znów nadzieja, znów świt i kolejny dzień.

Sharing is caring!