MARIHUANA LEKIEM NA CAŁE ZŁO. LOLEK. MOJA ULUBIONA BAJKA

Przegrywa nie tylko Radek, który przez marihuanę stracił mnóstwo pieniędzy, zdrowie, a wcześniej dziewczynę. Niektórzy stracili żony, rodziny, ale przede wszystkim sens życia, tzn., przewartościowali życie, uznając, że życie posiada sens wówczas, kiedy kręci się wokół „Lolka”, bo „Lolek” to przyjemność, rozluźnienie i oderwanie od wymagającej rzeczywistości. „Lolek” to według palących, sposób na osiągniecie dystansu do codzienności, problemów i przyszłości, która zdaje się być coraz bardziej niepewna.

– Problem był, problem jest, ale w tym roku problemu nie będzie. Patrzę na syna, a on spogląda na mnie. Razem wiemy, że nie powinienem. Wiem, że robię krzywdę nie tylko sobie, dlatego w tym roku paliłem zaledwie trzy razy!, ale jak będzie dalej nie wiem. Towar poszedł w górę a zarobki stoją w miejscu. Ok, może to nie jest jakiś wielki problem z kasą, bo ja sobie poradzę, ale problem leży gdzie indziej. Poza tym, gdyby ludzie mogli sadzić zielone we własnym domu na własne potrzeby też byłoby inaczej. No właśnie, chcę kupić dom, to jest teraz moim priorytetem.

Niezależnie od tego, czy będzie to nikotyna, alkohol, słodycze czy seks, to nadmiar bywa niezdrowy, a nawet śmiertelny. Zwolennicy palenia marihuany argumentują, że „zioło” można traktować w celach leczniczych, a uzależnienie od popularnej „Maryśki” jest znikome, a nawet żadne. Przeciwnicy twierdzą zupełnie odwrotnie: Marihuana uzależnia w takim samym stopniu jak inne używki, a bardzo często jest wstępem do narkotyków twardych. Marihuana to wędrówka po wąskiej kładce nad przepaścią, i tylko uczciwe przyznanie się do uzależnienia może uchronić przed katastrofą.

Radek, biegał za dzieckiem po mieszkaniu. Pachniało w nim nowością, nowoczesnością, ale i normalnością rodziny, powiedzmy, klasy średniej. Radek biegał za dzieckiem od pokoju do pokoju, z kuchni do łazienki i z powrotem; śmiech, psoty, odrobina płaczu, ot, rutynowa wieczorna procedura: Sprzątanie zabawek, kąpiel, kolacja, bajka na dobranoc, kołysanka, w końcu sen. Notatnik, w którym zapisywałem fragmenty z życia Radka, towarzyszył krok za krokiem w niełatwym procesie usypiania. Ostatecznie nastąpiła upragniona chwila ciszy i relaksu; chwila szczerości, podczas której Radek otworzył nie tylko butelkę białego wina, ale przede wszystkim głęboko skrywany problem. Jaki? Uzależnienie.

Początek
Zaczyna się zazwyczaj podobnie, banalnie i niewinnie. Radek, pierwszego „Lolka” zapalił, gdy miał 14 lat, a że obracał się wśród starszych od siebie kolegów, dostępność do narkotyku nie była problemem. Palili wszyscy znajomi, i choć na początku Radkowi marihuana nie przypadła do gustu, bo nie smakowała i przymulała, to z czasem wkręcił się i docenił zalety popularnej „Maryśki”. Gdy miał 18 lat na rynku pojawiła się amfetamina.

Siedzieliśmy w piwnych ogródkach i wszyscy równiutko wciągaliśmy amfetaminę. – Opowiada Radek – Wszyscy nadmuchani, rozumiesz? Po roku wciągania wpadłem. Chudy byłem jak patyk. Nie mogłem odstawić amfetaminy, dlatego, może zabrzmi to dziwnie, ale zacząłem leczyć się marihuaną i wódką. I wiesz, co? Pomogło!

Gdy miał 20 lat, po marihuanie, amfetaminie i wódce przyszła moda na nieco inne narkotyki, równie kuszące i niebezpieczne. Radek garściami połykał różnego rodzaju piguły i halucogenne grzybki.

– Imprezy, alkohol, piguły, dziewczyny i prostytutki; szybka jazda samochodem po ulicach miasta, oczywiście nocą, problemy z policją. To była zabawa! Raz nałykałem się grzybów tak dużo, że myślałem, że to koniec. Przyjąłem kilka raz więcej niż zazwyczaj. Wizja, jaką osiągnąłem przerosła wszelkie moje wyobrażenie o świecie. Przejąłem się i odstawiłem. Zostałem przy marihuanie i grzybach, ale tylko jadalnych. – Żartuje Radek.

Gdy miał 25 lat, wiedział jak smakuje haszysz, kokaina i heroina. O sile i szkodliwości tego rodzaju narkotyków Radek przekonał się kilkakrotnie. Na szczęście odpowiednia ilość silnej woli okazała się wystarczająca, aby rozstać się z „Herą”, „Śniegiem” i „Haszem” – mocniejszą odmianą marihuany.

– Bo widzisz, po haszu niby rozluźnienie i odprężenie większe, ale skutki uboczne trzymają dłużej. Tak samo z kokainą. Siedzisz przy stoliku wciągasz, wcierać i zastygasz. W każdym razie zdarzyło mi się kilka razy przy tym stoliku zostać na dłużej. Niestety po ostrym wciąganiu rzeczywiste przebudzenie przychodzi nawet po dwóch dniach. O heroinie nie będziemy rozmawiać. Było, minęło, ale o „Lolkach” z przyjemnością.

Środek
Radek, uśmiechnięty 30-latek, to z pozoru normalny, żartobliwy facet z żoną, dzieckiem, domem, samochodem, i pomysłami biznesowymi na przyszłość. Siedząc w wygodnych fotelach przy masywnej drewnianej ławie, sączymy wino i rozmawiamy. Radek, wyciąga odpowiedni sprzęt do kręcenia „Lolków” i w profesjonalny sposób przygotowuje skręta. Po tylu latach mógłby robić to z zamkniętymi oczami. Jednak nie zawsze było z pozoru „normalnie”.

– Pierwsze 2 lata w Szkocji przelatałem. Nie myślałem poważnie o życiu. Nie interesowała mnie rodzina, obowiązki, odpowiedzialność i przyszłość. Najważniejsza była teraźniejszość; mocno zakręcone imprezy w Edynburgu. Poznałem tam Polaka, który towaru miał tyle jakby pracował w młynie. Oczywiście dla kolegów gratis. O tym, w jaki sposób pozyskiwał towar mówić nie będę. No wiesz, nie wiem (śmiech). Psy węszą, psy nie śpią, pies to pies, czuwa. Rozumiem ich zawód, ale…– Ucina Radek.

Okazuje się, że Polacy to spora konkurencja na rynku narkotyków. Może nie są takimi „rekinami” jak Chińczycy, ale ze Szkotami powalczyć mogą. Jednak jak podkreśla Radek, od Polaków nie bierze, bo towar jest „zwałowany”, czyli słabej jakości i oszukany na wadze. Z torby w zależności od potrzeb (słaby lub mocny) zrobimy 7 „Lolków”. Generalnie, choć cena może się nieznacznie wahać, „torba”, czyli 3,5 grama kosztuje 25 funtów. Uncja marihuany składa się z 8 torb. Średni koszt to 200 funtów, około 56-60 „Lolków”, czyli średnio 2 dziennie, ale w weekendy spalanie wzrasta.

– Zazwyczaj w dni wolne od pracy spożycie „Lolków” zwiększa się dwukrotnie, a to powoduje niedobór w tygodniu, – tłumaczy Radek – wówczas, albo skręcasz słabsze skręty (zwiększa się ilość tytoniu), albo gorączkowo kombinujesz towar, a że dookoła wszyscy jarają i sadzą to nie ma większego problemu.

Hodowla marihuany jest stosunkowo prosta. Wystarczy odwiedzić odpowiedni sklep i zaopatrzyć się w niezbędne środki; nasiona 20/30 funtów, doniczki, namiot około 500 funtów, lampy, prąd, etc. Inwestycja niewielka, choć nieco ryzykowna, ale korzyść, bezcenna. Dlaczego? Z namiotu, który można postawić na strychu, a nawet w pokoju, w ciągu 3 miesięcy rośnie nam wartość około 1 kilograma. Jeśli sąsiedzi nie podpowiedzą policji (raczej tego nie zrobią), to uzyskamy około 36/40 uncji. Wartość hurtowa 1 uncji = 150 funtów, w detalu 200 funtów, a nawet 240 funtów – powód: wzrost cen ogrzewania i elektryczności. Zatem, dochód, jaki możemy średnio osiągnąć waha się między 6 tysięcy funtów, a 9600 funtów. Jeśli podzielimy te sumy przez okres dojrzewania „zioła” okaże się, że miesięcznie możemy zarobić od 2 do 3 tysięcy funtów minus koszty produkcji, czyli jak na nic nie robienie, całkiem sporo.

– Znałem takich, – opowiada Radek – którzy konstruowali specjalne pomieszczenia w domu, garażu, na strychu i sadzili marihuanę. Pielęgnowali ją lepiej niż własne dzieci. Niektórzy w trosce o biznes, zmieniają miejsce zamieszkania, co 6 miesięcy. Po prostu opłaca się i tyle. Ci, którzy hodują marihuanę nie muszą zastanawiać się, za co wyjechać na wakacje, bo jeżdżą trzy razy w roku, albo i częściej. Stać ich na dużo więcej przyjemności niż zwykłego pracownika pracującego w pocie czoła, który dodatkowo musi użerać się z pracodawcą. Stać ich na imprezy, wakacje, samochody, mieszkania czy dziewczyny. Rekiny mają wszystko. Marihuana to złoty środek. Gdybym miał warunki sprzyjające hodowli nie zastanawiałbym się ani chwili.

Koniec
Radek, na rozmowę nie zgodził się od razu. Musiał to przemyśleć. Decyzja nie była łatwa, w końcu miał opowiedzieć o sprawach trudnych, a nawet niebezpiecznych. Na rozmowę nie zgodził się inny zwolennik palenia marihuany. Nie chciał rozmawiać. Nie ufa nikomu, albo prawie nikomu. Tutaj trzeba być ostrożnym. Poza tym przyznanie się do problemu jest być może trudniejsze niż zaufanie dziennikarzowi. Dlaczego? Problem z marihuaną mają nie tylko struże prawa, ale przede wszystkim sami zwolennicy popularnych „Lolków”. Ilość wypalanych skrętów i skala jest olbrzymia. Wśród Polskiej społeczności „Lolek” to niekiedy esencja życia, dodam, stosunkowo droga.

– Dziennie wypalam dwa „Lolki” – tłumaczy Radek, – ale w weekendy schodzi 4/5 i więcej. Miesięcznie wypalam około 200 funtów, ale są i tacy, którzy przeznaczają na „Lolki” 15 funtów dziennie, i nie dlatego, że chcą, ale po prostu muszą. Niedawno rozmawiałem ze znajomym i okazało się, że razem siedzimy w tym po uszy. Zresztą nie tylko my, ale znajomy znajomego oraz ich znajomi, itd.

Podczas skręcenia „Lolka” Radek wyliczał, ilu zaprzyjaźnionych Polaków przypala. Z wyliczeń wynika, że 70 procent pali, z czego 50 procent jest w pełni uzależniona. Jedni zdają sobie sprawę z problemu, inny ignorują ten fakt, tłumacząc się naiwnie, że w każdej chwili mogliby nałóg porzucić. Jednak nie jest to takie proste. Radek pali nieprzerwanie od 15 lat. Oczywiście bywały momenty walki z uzależnieniem, niestety bez powodzenia.

– Przegrywam. – Przyznaje Radek – Nie pomogły przeliczenia. W końcu przepalam koszmarne pieniądze. Nie pomogły moje zapewnienia. Słowa są słabsze od uzależnienia. Nie pomogła żona, choć stara się wyciągnąć mnie z nałogu. Nic nie pomaga. Nie znam ceny terapii, ale gdybym miał gotówkę 20/30 tysięcy złotych nie wahałbym się poddać rehabilitacji, chociaż nie mam pewności, czy byłaby skuteczna. Nie chciałbym wydać takich pieniędzy tylko po to, żeby przekonać się, że to nie działa. Po prostu boję się i nie wiem jak ugryźć temat. Przegrywam.

Przegrywa nie tylko Radek, który przez marihuanę stracił mnóstwo pieniędzy, zdrowie, a wcześniej dziewczynę. Niektórzy stracili żony, rodziny, ale przede wszystkim sens życia, tzn., przewartościowali życie, uznając, że życie posiada sens wówczas, kiedy kręci się wokół „Lolka”, bo „Lolek” to przyjemność, rozluźnienie i oderwanie od wymagającej rzeczywistości. „Lolek” to według palących, sposób na osiągniecie dystansu do codzienności, problemów i przyszłości, która zdaje się być coraz bardziej niepewna.

Jednak „Lolek” to hamulec nie tylko w próbie podejmowania racjonalnych decyzji, to hamulec w rozwoju osobowości, to uwstecznienie, które pozornie nic nie znaczy, choć ostatecznie niszczy organizm i uzależnia od swoich złudnych obietnic.

– Tyle razy obiecywałem sobie skończyć z tą wątpliwą przyjaźnią, ale, w jaki sposób, skoro dookoła wszyscy palą. Nawet w pracy na dłuższej przerwie chłopaki jarają, w szczególności Szkoci. Czasami wracają tak zjarani, że głowa mała, ale jakoś nikt tego nie dostrzega. Nie wiem, może wszyscy są upaleni? – Uśmiecha się Radek – Gdzie bym się nie obejrzał czuję marihuanę. Ostatnio miewam psychozy. Odwracam się i widzę śmierć. Niby z pozoru wydaję się uśmiechnięty i normalny; dom, rodzina, samochód, plany na przyszłość, ale chyba z moją normalnością nie jest wszystko w porządku. Jak myślisz? Czy to jest katastrofa? Nieważne. „Lolek” gotowy! Czas na bajkę. Idziemy zapalić?

Tekst: Damian Biliński
Reportaż powstał w 2011 roku.

0 komentarzy

Odpowiedz

Chcesz wziąć udział w dyskusji?
Śmiało, napisz coś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *