TO NIE FIZYKA KWANTOWA A KRYZYS! O KONDYCJI POLONIJNYCH MEDIÓW, CZĘŚĆ II

Z Radosławem Zapałowskim, publicystą i felietonistą, który publikuje w NIE, Coolturze, Przeglądzie, PiZGU, Emigrancie i na portalach internetowych rozmawia Damian Biliński | część II

DB: Jak wygląda dzień pracy Radosława Zapałowskiego? Czy liczba wypalonych papierosów, ilość spożytej kofeiny, stresu z powodu upływającego czasu przekłada się na zadośćuczynienie? Bo jak sam wspomniałeś o etat w dzisiejszym mediach trudno.

R.Z.: Zaletą bycia wolnym strzelcem jest to, że człowiek pracuje kiedy chce. Wadą, że w praktyce cały czas jest w pracy. Większość czasu spędzam na czytaniu, absorbowaniu informacji i ich przetwarzaniu. Dzień pracy zaczynam od lektury brytyjskiej prasy. Najpierw Guardian potem Times. Dalej serwis internetowy BBC, strony rządowe, portale partyjne, komunikaty think tanków. Jeśli zdecyduję się na jakiś poważny temat, odwiedzam uniwersytecką bibliotekę i przeglądam publikacje naukowe. Staram się też chodzić na otwarte wykłady, panele dyskusyjne, konferencje i debaty. Samo pisanie to ostatni etap tego całego procesu. I wbrew pozorom wcale nienajprzyjemniejszy. Po skończeniu tekstu zamiast satysfakcji mam poczucie ulgi. I zabieram się za kolejny temat, bo deadliny gonią.

D.B.: Bycie dziennikarzem to dość niewdzięczny zawód. Zawsze znajdzie się grupa osób, która z jednej strony doceni pracę dziennikarza, a z drugiej obrzuci błotem. Poza tym dziennikarz to ogromna odpowiedzialność – odpowiedzialność za słowa. Jak ocenić rzetelność dziennikarską wśród mnogości ocen, opinii i komentarzy? Czy to kwestia wiary, wiedzy czy autorytetu i zaufania?

R.Z.: Kompetencji. Rzetelny dziennikarz jest po postu kompetentny. Zna się na temacie, o którym pisze. Przeciętny odbiorca nie ma szans na dokonanie takiej weryfikacji. Średnio na szukaniu informacji spędza zaledwie dziesięć minut dziennie. Godzinę, jeśli jest aktywny. Wyłuskiwanie rzetelnych i kompetentnych dziennikarzy to rola redaktorów. Dlatego tak bardzo powinniśmy dbać o wysokie standardy. Zwłaszcza w mediach publicznych, które teoretycznie powinny umacniać polityczne i społeczne centrum. Wytaczać kierunki i ramy dopuszczalnej debaty. Stać na straży rzetelności. Wtedy skrajne poglądy i opinie byłyby elementem funkcjonalnym. Uzupełniającym.

D.B.: Aplikacja czy dziennikarz?

R.Z.: Aplikacja nie jest w stanie podać informacji. Za informacją zawsze stoi dziennikarz. Nawet, jeśli przekazuje treści przez aplikację.

D.B.: Dzisiejsze technologie zmieniają się w astronomicznym tempie. Przyszłość klasycznych drukowanych gazet, to chyba kwestia czasu, zresztą gazet w formie elektronicznej również. Wyobrażasz sobie przyszłość mediów z chipem w tle, żeby nie powiedzieć w głowie?

R.Z.: Wyobrażam. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Ryszard Bańkowicz pisał, że pierwszym dziennikarzem był dziki, kiedy wszedł do jaskini i poinformował resztę plemienia o tym, że zobaczył mamuta idealnego na obiad. To była cenna informacja, od której zależało życie członków społeczności i jakość tego życia. Od tego czasu niewiele się zmieniło poza techniką przekazu. Wciąż chodzi o informację. Dziś gazety papierowe znikają i są zastępowane przez portale internetowe. To nie jest nic złego. Problem polega na tym, że te portale nie są wstanie generować odpowiednio wysokich zysków, w wyniku czego nie stać ich na produkowanie wartościowych, sprawdzonych i rzetelnych informacji. Jak dotąd nikt nie wymyślił ekonomicznej formuły, która pozwoliłaby w internecie na uprawianie poważnego dziennikarstwa. Nowe media głównie pasożytują na mediach tradycyjnych. Kiedy przeanalizowano 14 tysięcy materiałów z jednego dnia na Google News, największego agregatora internetowego dziennikarstwa, okazało się, że wszystkie wywodzą się z 24 materiałów informacyjnych. Tak wyglądają teraz proporcje. 24 razy ktoś wykonał prawdziwą dziennikarską robotę, czyli poinformował o wydarzeniu. Reszta dopisała do tego materiały pochodne. Jedni to samo powtórzyli innymi słowami, inni dodali komentarz. Na dłuższą metę takie pasożytnictwo jest niemożliwe. Już dziś media głównego nurtu słabną ekonomicznie. Zatrudniają mniej ludzi, o gorszych kompetencjach, którym można płacić mniej. To powolna agonia poważnej debaty i przy okazji racjonalnej polityki. Kiedy media tradycyjne znikną, zniknie też wartościowe dziennikarstwo. Cały medialny świat upodobni się do standardów medialnych i politycznych krajów śródziemnomorskich i wschodnioeuropejskich. Będziemy wszyscy pływali w oceanie rozrywki, głupoty, niekompetencji i paranoi. Zdegenerowane media zdegenerują życie społeczne, polityczne i gospodarcze. Wykoślawią demokrację. Wszystko sprowadza się więc do ekonomii. Jeśli media przyszłości będą w stanie generować odpowiednie zyski to katastrofa nam nie grozi. Czy będą informowały poprzez chip, czy w formie druku, nie jest istotne. Ważne, żeby informowały rzetelnie.

D.B.: Zróbmy zatem klamrę. Na koniec chciałbym zapytać o kryzys. Nie da się ukryć, że pomimo niektórych wypowiedzi polityków, kryzys ekonomiczny wciąż trwa, ba, sama polityka w wielu krajach przechodzi jeden z największych kryzysów (wystarczy spojrzeć na Unię Europejską). Kondycja społeczeństwa również nie jest w najlepszej formie. Kryzys widoczny jest niemal w każdej dziedzinie społeczo-ekonomicznej. Wydawać by się mogło, że nastroje społeczne mogłyby tonować media. Tymczasem media podupadają zarówno ekonomicznie jak i moralnie. Kompetencje, czy też autorytet dziennikarzy, publicystów, można by przytulać do wielkiego znaku zapytania, pytając retorycznie: Dlaczego?

R.Z.: O Unię Europejską bym się akurat nie martwił. Europa, jak mawia Guy Sorman z natury rozwija się, przechodząc z jednego kryzysu w drugi. A każdy taki poważniejszy kryzys zwiększa ciążenie ku federalizmowi, silniejszej integracji, wzmacnianiu Brukseli. Światowy kryzys ekonomiczny, który teraz przechodzimy zburzył dogmaty, aksjomaty, w które niemal wszyscy wierzyli. Mistyka zarządzania rynkiem, zyski bez ryzyka, transakcje zamiast relacji pojawiły się w latach 70 i jak mawiają Francuzi skończyło się „chwalebne trzydziestolecie” i zaczęło się „trzydziestolecie euforyczne”. Teraz jesteśmy świadkami zmierzchu tych zaklęć, bo zdaliśmy sobie sprawę, że nie działają. Trochę czasu upłynie, zanim ta świadomość stanie się powszechna, może jedno pokolenie jak twierdzi szwajcarski ekonomista, Paul Dembinski może nieco szybciej. W każdym razie wtedy pojawią się mechanizmy korekty. Na razie jesteśmy na zakręcie. I media informacyjne również są zagubione. Przecież publicyści i dziennikarze tak jak niemal wszyscy również wierzyli w „koniec historii”. W polityczne, ekonomiczne, społeczne i kulturowe dogmaty. Na razie wiemy, że trzeba myśleć, kwestionować aksjomaty, szukać różnych odpowiedzi. To jest ogromny postęp. Świat powoli dojrzewa do zmian. Społeczeństwa buzują. Jest złość, bezradność, niepokój. Nie sądzę, że media powinny tonować te nastroje społeczne. Raczej mają je rzetelnie opisywać. I mam nadzieję, że mimo swoich ekonomicznych kłopotów, będą to robić.

D.B.: Każdego dnia słyszę narzekanie na stan rzeczy. Kryzys stał się niemal symbolem grzechu pierworodnego, odpowiedzialnego za wszelakie bolączki dzisiejszego świata. Łatwo zrzucić winę na kryzys sąsiada, polityka, społeczeństwa, a nawet pogodę. Ale czy nie jest tak, że kryzys, gdziekolwiek by się nie pojawił jest na dobrą sprawę skutkiem, a nie przyczyną wszystkich stanów zapalnych począwszy od polityki, ekonomii i społeczeństwa, a skończywszy na mediach włącznie? Może to brak odpowiedzialności, edukacji i zwykłej przyzwoitości jest przyczyną kryzysu?

R.Z.: Przyzwoitość i kapitalizm to pojęcia wzajemnie się wykluczające. Tomáš Sedláček, którego Yale Economic Review uznał za jednego z pięciu najgorętszych młodych ekonomistów świata twierdzi, że obecny kryzys sięga korzeni naszej cywilizacji bo systematycznie oddając władzę ekonomistom, naruszyliśmy integralność świata. Twierdzi on, że kultura i gospodarka, wartości materialne i niematerialne, wiara i ekonomia z natury są nierozłączne. A nasza cywilizacja przez wieki próbowała oddzielić kulturę od ekonomii. Bogów i kapłanów religii zastąpiliśmy bożkami ekonomii i uniwersyteckimi, eksperckimi wróżbitami, którzy przyszłość czytają nie we wnętrznościach królików tylko w modelach matematycznych oraz liczbach, których wartość jest wątpliwa i również opiera się na wierze. Zakładamy na przykład, że ludzie są racjonalni. Na tej wierze ekonomiści opierają wielkie matematyczne konstrukcje. Gdybyśmy z ekonomii usunęli dogmat racjonalności, znikłby cały rachunek makroekonomiczny. A wiemy, że ludzie racjonalni nie są. Bez wiary liczby nie mają znaczenia. Do tego jeszcze znamy liczby, ale nie znamy ich sensu. Nie uświadamiamy sobie znaczenia
przyjętych mniej czy bardziej świadomie arbitralnych założeń, zwykle nie kontrolujemy obliczeń i w gruncie rzeczy nie wiemy, na jakie pytanie liczby odpowiadają. Tak jest z PKB, inflacją, stopą bezrobocia. Wierzymy, że Bóg ekonomistów na zawsze odkupił nas z piekła trwającej tysiące lat faktycznej stagnacji lub wzrostu wynoszącego kilka procent na wiek. Sedláček twierdzi, że dziś wierzymy, że zawarliśmy z Bogiem ekonomistów przymierze i otrzymaliśmy obietnicę permanentnego wzrostu. Pytamy więc kapłanów ekonomii, jakimi wyrzeczeniami możemy Boga Wzrostu
przebłagać? Jakie ofiary mamy złożyć na jego ołtarzu? Kogo ofiarować, by zakończył nasz Kryzys, jak kiedyś zakończył Potop? To nie brak odpowiedzialności, edukacji ani przyzwoitości jest przyczyną kryzysu a ekonomiczny mit, który sobie zbudowaliśmy i w który uparcie wierzymy choć powszechnie wiadomo, że to nieprawda. Tymczasem potrzeba nam reformacji i ekonomicznego Lutra. Być może tę rolę odegra Stiglitz, Krugman, Sorman a może wszyscy razem. To jednak rozważania na zupełnie inną okazję.

D.B: Trzymam za słowo.
Dziękuję za rozmowę.

Rozmowa została przeprowadzona w styczniu 2013 roku

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *