» Joanna Goldberg

Gwiazdki, jak to gwiazdki – niektóre mają to do siebie, że gasną. Moja też zgasła zbyt szybko pozostawiając po sobie żal, że była tylko złudzeniem i mrok za oknem, bo myślałam, że przez jakiś czas to moje prywatne okno pozostanie jednak Oświetlone. Nie tylko zwykłym światłem, ale i tym drugim, kagankiem oświaty, ogniem illuminatów, ogniem ludzi wiedzy.

___________________________________________________________________________________________________________

Moja gwiazdka z nieba okazała się człowiekiem z krwi i kości, który tylko na moment zachwycił się moim światem, a kiedy okazało się, że to jest za trudne, po prostu uciekł.
A ja, jak zwykle zostałam z gorzką refleksją nad naszym polskim światem.

Historię opowiem niejako od początku, bo szacunek dla tych, którzy nie czytali wcześniejszej historii tego wymaga.

Otóż, został mi polecony przez znajomych z Berlina młody Polak, który udawał się do pracy w Aberdeen. Rekomendacja brzmiała krótko: „to bardzo dobry i uczciwy chłopiec, nie będziesz z nim miała kłopotu, znaleźliśmy mu pracę w Aberdeen, to niedaleko od Ciebie. Przenocuj go i odprowadź rano na dworzec, my Ci go podrzucimy wieczorem pod drzwi.”

Bardzo niewielu ludziom ufam już na tym świecie, ale komu, jak komu, adwentystom ufam, jak braciom. No, owszem, adwentystom z Berlina mogło się wydać, że Aberdeen jest nawet koło Inverness, bo dla nich nic nie ma ani granic, ani kordonów, opiekują się kim się da, budują szkoły, szpitale, w najbardziej zagrożonych rejonach świata i wszędzie mają „swoich ludzi”. Ode mnie do Aberdeen jest akurat dość daleko, ale cóż to jest w porównaniu z obszarem Afryki. Jestem bardzo zaprzyjaźniona z kilkoma pastorami, zatem ja również jestem swoim człowiekiem, ponieważ mimo pewnych drobnych kontrowersji, wciąż Chrystus nas prowadzi. Gość w dom, Bóg w dom, a pomoc bliźniemu stoi na pierwszym miejscu.

Byłam akurat w domu, więc zgodziłam się rodaka odebrać spod drzwi, przyjąć, przenocować i nakarmić. Tylko zanim stanął u moich drzwi napisał mi smsa o takiej treści, że przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, w jakim to może być języku? Przeleciałam myślą wszystkie słowiańskie, jakie znam, żaden nie pasował, ale skoro rodak, to powinno być po polsku. No i było, tylko, że ja takiego polskiego w życiu nie widziałam.

No, nic to, jak mawiał pułkownik Wołodyjowski. Nie po raz pierwszy przyszło mi zetknąć się z człowiekiem, który pisze tak, że go nie rozumiem. Połączyłam się tylko z Hilmarem i upewniłam się, że wiezie mi rodaka, i że to z tego chłopaka numeru tego smsa dostałam. Otrzymałam potwierdzenie, że to na pewno jest Polak i na tym dochodzenie zakończyłam.
Potem całe 40 minut, zanim przyjechali, biegając między kuchnią, a pokojem dla gościa, w tak zwanym międzyczasie zastanawiałam się, z kim będę miała do czynienia? Skąd, do ciężkiej cholery wziął się w Polsce w XXI wieku człowiek liczący lat 23, który nie zna ojczystego języka w piśmie. To się nazywa półanalfabeta. Skąd tam się wziął półanalfabeta?!
Nie słyszałam, żeby przeszło nad Polską jakieś tornado, trąba powietrzna, kataklizm, które byłyby szczególnie zawzięte na szkoły i zmiotłyby je z powierzchni ziemi. Szkoły istnieją, widziałam je na własne oczy. Więc to nie to. Może zatem już wszystkim polskim nauczycielom młodzież obiecała gremialnie kęsim i biedacy w popłochu pouciekali pozostawiając za sobą intelektualne zgliszcza…? Przyczyn tego zjawiska nie umiałam dociec, uznałam, że niczego się nie dowiem, jeżeli nie poznam człowieka.

Człowieka poznałam. Odebrałam go z niemieckiego samochodu na deszczu i wichurze, Hilmar nie chciał robić przystanku na kawę i odpoczynek, twierdząc, że bardzo się spieszy na prom do Irlandii, a przy tej pogodzie każda minuta za kierownicą się liczy, Inga wyleciała tylko na chwilę z samochodu, żeby mnie ucałować i podziękować za pomoc i już ich nie było.
Chłopak został ze mną nieco oszołomiony, wszedł na górę do mieszkania, z łazienki umiał skorzystać, pochodził zwiedzając moje dwa pokoje, jakby to było muzeum (z czym nawet bym się zgodziła, bo wszystko łącznie ze mną nadaje się tylko do muzeum prehistorii), pooglądał parę książek na krzyż, i dostał od tego małpiego rozumu. Nie miałam czasu nim się zajmować, bo w kuchni przywierała mi do patelni jego kolacja. Prawdopodobnie pooglądał sobie ze wszystkich stron nie tylko książki, ale i laptopa z dwoma twardymi dyskami zewnętrznymi, bo wszystko to do niego bardzo przemówiło. Prawie padł przede mną na kolana, a naprawdę nie było przed kim, więc się zdziwiłam, ale szacunek jest miły każdemu, więc nie miałam nic przeciwko i bardzo się ucieszyłam. Rozczuliłam się nawet.

Na początku pod wpływem jego olśnienia, pomyślałam, że naprawdę po wielu latach tuż przed Bożym Narodzeniem Bóg zesłał mi prawdziwą gwiazdkę z nieba – ucznia, który potraktował mnie, jak prawdziwego nauczyciela. Ten chłopak dziwił się wszystkiemu, co umiem i prosił tak bardzo gorąco, żeby go nauczyć wszystkiego. Wszystkiego, to może nauczyć tylko Wszechmocny, jakkolwiek Go pojmujemy, ja potrafię zaledwie odrobinkę, ale i tej odrobinki bardzo chętnie udzielę.

Mam miękkie serce, zbyt łatwo się wzruszam. Zgodziłam się. Postawiłam jednak warunki. Twarde warunki, bo mam za sobą wiele doświadczeń podobnych i dla mnie niemiłych.
Ja wysłucham Twojej opowieści, Ty potem honorem zaręczysz, że zrobisz, jak powiem.

I dobrze, że mu taką barierę postawiłam. Bo od tych jego obietnic zakręciło mi się w głowie, już myślałam, że będzie chciał się uczyć naprawdę i zdążyłam i do Boga, i na forum publicznym wygłosić modlitwę dziękczynną, a nie trzeba było mi tego czynić.

Oj, nie trzeba było! Ale jakoś tak chciałam się tym pocieszyć, albo nawet nacieszyć na zapas. Mam powody, żeby cieszyć się na zapas, smutno to brzmi, ale tak jest.

Opowiedział mi o swoim dzieciństwie i nawet mnie wzruszył, ale nie wiem skąd wyniósł przekonanie, że jego ciężkiemu losowi winna jest żydokomuna. Urodził się na polskiej wsi zabitej dechami, gdzie oprócz sklepu, knajpy, kościoła i plebanii nie ma niczego, urodził się jako jedenaste dziecko w chałupie, gdzie przez gonty deszcz się jesienią przelewał, a zimą mróz zamrażał wodę w miednicy do mycia, ojciec równo prał mamusię, kiedy mu usiłowała odmówić małżeńskiego obowiązku i ja się grzecznie pytam, gdzie tu jest miejsce na żydokomunę?! Na tych terenach od 70 lat nie ma ani jednej synagogi, a od prawie 30 lat ani jednej POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej). Za to od średniowiecza polska wieś tkwi w punkcie wyjścia. Spór między panem, wójtem, a plebanem wciąż twa i ich trzeba żałować, a nie wsi, bo się biedacy od tego sporu nie jeden raz srogo spocili, a nawet i pozabijali i może jeszcze trzeba im powystawiać nagrobki na Wawelu (sic!) Jeden już taki ma na Wawelu nagrobek, między Największymi Rzeczpospolitej i pięści mi się od tego zaciskają z gniewu, ale cóż poradzić, cała polska głupia rzeczywistość taka.

Ja się jeszcze grzeczniej pytam, gdzie ta mamusia chodziła co niedzielę, do synagogi, do POP do komunistów po radę, czy do kościoła katolickiego, gdzie jej powiedziano, że ma się rozmnażać, jak królik, dopóki nie zejdzie z tego świata, bo grzechem jest sprzeciwiać się woli małżonka, albowiem sama antykoncepcja jest grzechem śmiertelnym..?!

Od jego wyjaśnień nie napotkało mnie żadne zdumienie, choć miałam nadzieję, że może czemuś się zdziwię. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to fakt, że praca u podstaw w każdym wymiarze padła na pysk, szklane domy stoją w wielkich miastach jedynie i nie dla ludu ten sen proroczy Żeromskiego.

Mam w sobie jednakże nieubłagany umysł śledczy, dlatego zadałam parę pytań pośrednich, na które otrzymałam wyczerpujące odpowiedzi.

Chałupa była daleko od szkoły. We wsi kiedyś była szkoła, ale już dawno ją zamknęli. Do podstawówki dojeżdżał PKS-em, ale ojciec się złościł, że bąki zbija, a pracować trzeba, krowy ryczą, paść i doić nie ma komu, więc starszy brat do szkoły wysyłał młodszego, bo i tak mieli jedne buty na zmianę. Matka płakała, jeść było ledwo co, to jak tylko dorósł, to poszedł w długą, ale tak, że oparł się dopiero w Gdańsku. Pływać chciał, ale nie było dla niego miejsca na statkach. Nie zawracał sobie z tym głowy, marynarze to lud szczególny, dogadał się nie z tymi, z którymi potrzeba i wrócił do poprawczaka. Pani kurator nie specjalnie się przejęła jego losem, z poprawczaka wyszedł i dalej nie miał się gdzie podziać. Tułał się po Polsce trochę, przyuczył się u jakiegoś majstra na kafelkarza, i nawet przez chwilę dobrze mu było, ale majster splajtował i znów chłopak musiał zaczynać od początku. Umiał chodzić na włam, ale nie specjalnie mu się to podobało, bo po poprawczaku miałby recydywę, jak w banku, a siedzenie we więźniu to nie był jego świat. Kumpel mu powiedział, że w Niemczech można dobrze zarobić. Na czym i jak już nie powiedział. Okazało się, że na kradzieży rowerów. Niemiecka policja tego bardzo nie lubi, ale wciąż istnieje różnica między wschodnimi i zachodnimi Niemcami, między tymi zza muru i sprzed muru, zatem udało się chłopakowi opamiętać, zanim go złapali i jakimś cudem trafił do kaplicy adwentystów. Bez kumpla, bo tamtego wcięło pewnej nocy. Berlin to jest wielkie miasto, nie zazdrościłam mu tych doświadczeń żebraka, kiedy musiał głodować i nocować na ulicach i uciekać przed policją i nie tylko. Gangi tam istnieją, jak w każdej metropolii… Reszta w domyśle.

Ja wiem, jacy ludzie trafiają do adwentystycznych zborów i już nie pytałam o ciąg dalszy. Ciąg dalszy podjechał pod moje drzwi i miałam go naocznie.

Ale jedno, co bardzo mnie ciekawiło, to czy zapał tego młodzieńca do nauki pozostanie wciąż ten sam, jak mu pokażę, jaka droga prowadzi do mojego muzeum.

Nie wysilałam się na długie wywody. Ot, jak zwykle już nie raz bywało, zakreśliłam krąg ręką i wypowiedziałam proste słowa. Słowa, które są, jak zaklęcie wiedźmy. To wszystko, co tu jest, kiedyś zrozumiesz i dostaniesz. Będziesz wkrótce mógł stać się kimś wyjątkowym.

Pod jednym warunkiem. Pod warunkiem, że odróżnisz zwrot: „naucz mnie” od „zrób za mnie”.

Zdziwił się, zmarszczył brwi, pokręcił głową.
– Ja nie wiem, co to znaczy.
– Ja wiem, że nie wiesz, ale ja ci pokażę.

Widzisz, Ja mogę wskazać ci drogę stąd do Aberdeen, już nie pojedziesz samochodem, z Berlina daleka droga, przejechałeś przez kilka europejskich granic i tutaj obowiązują inne warunki. Ja chodzę na piechotę, więc i ty pójdziesz ze mną. Zaprowadzę cię na dworzec, dostaniesz do ręki bilet i kartkę z instrukcjami, jak dojechać do Aberdeen, każdy na dowolnym dworcu przeczyta i powie ci co dalej, albo powiem ci jak ten bilet kupić i jak tam samemu dojechać, ale wszystko po angielsku, nagram na komórkę, żebyś mógł się nauczyć. Nauczysz się ze słuchu, to najłatwiej, pisać nauczysz się później. Aberdeen, to bardzo daleko, nad Morzem Północnym, teraz jesteś nad Atlantykiem, ponoć zawsze chciałeś pływać, więc różnicę pojmiesz. Będziesz musiał sobie radzić sam, a tam czeka cię praca na samochodowej myjce ręcznej, a nie w porcie. Uczciwa to będzie praca, nie wątpię, tylko to jest praca dla niewolnika. Wiem, że się nie poddasz, ale jak tym ludziom wytłumaczysz, że ty nie chcesz myć samochodów, tylko dostać się na statek, a może nawet i na okręt…? Daleka droga, marynarzu, daleka droga. Trzeba się nauczyć angielskiego, trzeba się nauczyć czytać i pisać nie tylko po polsku, w Wielkiej Brytanii nie ma żartów ze szkołą morską.

I, jak Państwo myślicie? Jak skończył się ten mój natchniony wywód?

Otóż, bardzo prozaicznie. Wśród adwentystów chłopiec pojął, że jego drogę stanowi uczciwa praca, ale z kursów angielskiego u najbliższego pastora już zrezygnował.

Ja, owszem, mogę go uczyć, ale razem z tym pastorem, bo to mogą być tylko kursy online, innej metody na tę odległość nie umiem wymyślić, a chłopak laptopa nie posiada, może z niego skorzystać tylko w kaplicy. Do kaplicy nikt nie przymusza, Aberdeen to uniwersyteckie miasto, można skorzystać z bibliotek, tam komputerów skolko ugodno, no, ale żeby z bibliotek korzystać, to trzeba znać choć trochę język angielski i jak się obsługuje komputer, a zatem ta furtka dla naszego ślusarza zamknięta, zwykłymi wytrychami się jej nie otworzy, tu większa wiedza potrzebna.

I po tym wszystkim nawet na dowcip mnie nie stać. Zrobiło się tak jakoś skuczno, grustno i nikomu mordu pobit’ , bo nawet gdybym chciała, to komu? Musiałabym nabić po mordzie wszystkim, jak leci obywatelom tej pięknej Planety, w tym sobie samej, bo to jest nasza wina, że jeszcze istnieją takie wsie.

Na dowcip nastroju brak, gwiazdka zgasła, chwilowo przerwa w programie.

Sharing is caring!