Czas trumpokalipsy

W Ameryce nadzieja ustąpiła miejsca wściekłości, otwierając drogę do prezydentury Donaldowi Trumpowi. Stany Zjednoczone mają problem. I jeśli się z nim nie uporają, w listopadzie kłopot będzie miał cały świat.

Amerykański superwtorek nie przyniósł żadnych sensacji, ale wyklarował nieco obraz prawyborów w USA. Chociaż do zakończenia morderczej kampanii zostało jeszcze sporo czasu, to wyniki prawyborów w dwunastu stanach, które odbyły się 1 marca ustawiają polityczną scenę do dalszych potyczek. Superwtorek nie przesądził o nominacjach, ale określił zdecydowanych faworytów, którzy prawdopodobnie staną razem naprzeciwko siebie w boju o Biały Dom. Wszystko wskazuje na to, że o prezydenturę będą walczyli Donald Trump i Hillary Clinton. To na tej dwójce od teraz będzie się skupiała największa uwaga medialna i społeczna. Reszta schodzi nieco na boczny tor, a ich szanse na sukces drastycznie maleją. Demokraci odetchnęli z ulgą. Bernie Sanders – zadeklarowany socjalista – który napędził stracha centrolewicowemu establishmentowi wciąż ma środki na kampanię i entuzjastyczne poparcie, ale jest w praktyce bez szans na partyjną nominację. Clinton bije go na głowę w liczbie delegatów (1001 do 371) i właściwie jest już w połowie drogi. (Do nominacji demokratycznej potrzeba 2383 delegatów) Była sekretarz stanu, która chce zostać pierwszą kobietą prezydentem w USA może wreszcie przejść do ofensywy i skupić się na punktowaniu Republikanów. Sanders zmusił ją nieco do przesunięcia na lewo, gdzie czuła się nieswojo i nie na miejscu. Teraz może wrócić do swojego ulubionego centrum i przedstawiać siebie jako kandydatkę pewną, przewidywalną, racjonalną oraz umiarkowaną w kontraście wobec „nieodpowiedzialnych radykałów”. Paradoksalnie to jej największa zaleta, ale jednocześnie słabość. Bo Ameryka się radykalizuje czego symbolem jest Donald Trump, który pomimo medialnej krytyki oraz wrogości elit z każdym kolejnym tygodniem zyskuje poparcie i zwiększa przewagę na republikańskimi konkurentami.

Partia w rozsypce

Trump zmienia debatę publiczną, zawłaszcza polityczną przestrzeń i przeobraża Partię Republikańską. Triumfuje mimo gaf i błędów, ksenofobicznego języka, częstej zmiany zdania na dane tematy, kluczenia i słabych występów w debatach z pozostałymi kandydatami. Nic jednak mu nie szkodzi. Wygrywa wśród wszystkich grup elektoratu. Głosują na niego kobiety i mężczyźni. Centrowi republikanie i ci najbardziej skrajni. Młodzi i seniorzy. A fakt, że republikański establishment jest wobec niego jawnie wrogi wydaje się mu raczej pomagać. Konserwatywne elity stoją murem za pozostałymi kandydatami, a w partii rozpoczęły się nieformalne dyskusje o ewentualnym zablokowaniu nominacji Trumpa. Istnieje teoretyczna możliwość, że na partyjnej konwencji dojdzie do klinczu jeśli żaden z kandydatów nie otrzyma większości. (Na dzień dzisiejszy Trump ma 319 delegatów, Cruz 226, a Rubio 110. Do pewnej nominacji potrzeba 1144) Wówczas delegaci w drugim głosowaniu nie będą zobligowani do oddawania głosów zgodnie z preferencjami wyborców. Będą mogli wybierać według własnego uznania. Taka sytuacja miała miejsce w 1952 roku, ale to ostateczny scenariusz, który w praktyce oznacza koniec Partii Republikańskiej i naturalny podział. System polityczny w USA cierpi na tą samą bolączkę co brytyjski. Jednomandatowe okręgi wyborcze wymuszają polityczną konsolidację. Partia Demokratyczna i Partia Republikańska to koalicje wielu partii i ruchów politycznych, często bardzo od siebie odległych ideologicznie. Sztuczne byty, które wiąże ze sobą mało demokratyczny system wyborczy i pragmatyzm w sytuacjach kryzysowych, podatne są na poważne schizmy i pęknięcia. Dla brytyjskich konserwatystów takim punktem jest kwestia członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej, dla Labour przywództwo Corbyna, a dla amerykańskich republikanów triumf Trumpa. Miliarder celebryta odbiega bowiem w większości od republikańskiego programu. Czy to w przypadku pomysłów na służbę zdrowia, handel, politykę zagraniczną czy stosunek do rządu federalnego. Polityczne pomysły Trumpa nie przebijają się raczej do centrum debaty, bo nagłówki zdominowane są jego niemądrymi lub ksenofobicznymi wypowiedziami, ale nie znaczy to, że miliarder nie ma politycznego programu. Ma, ale w znacznym stopniu odbiega on od myśli konserwatywnej. Co tylko zwiększa ból głowy republikanów. Prawicowy populizm Trumpa i fakt, że pozycjonuje się na sprzeciwie wobec elit, Wall Street, Big Pharma (potężnego przemysłu farmaceutycznego) przysparza mu zwolenników również po przeciwnej stronie. Na razie mało kto o tym mówi, ale dla wielu sympatyków Sandersa, Trump jest mniejszym, złem niż Clinton, która odbierana jest jako kandydatka wielkiego biznesu. Część lewicowców sugeruje, że jeśli Sanders przegra prawybory przerzuci poparcie na Trumpa. Rewolucja nie będzie socjalistyczna, ale przynajmniej jakaś będzie. Bo dla nich wszystko jest lepsze od status quo. Potwierdzają to sondaże, które wskazują, że w wyścigu do Białego Domu Trump wygrywa z Clinton, ale przegrywa z Sandersem. Wszystko to powoduje, że kwestia wyboru prezydenta USA, a więc lidera świata, jest otwarta.

Rage not hope

Jak na razie nikt nie zadaje kluczowych pytań. Jak to się stało, że Donald Trump znalazł się na politycznym cokole i co się dzieje z Ameryką, że ten niepoważny polityk może zostać liderem najpotężniejszego kraju na świecie. A to są pytania kluczowe. Bo kiedy szarlatan staje się faworytem do objęcia najważniejszego urzędu, coś niedobrego dzieje się z systemem. Polityka jest anormalna. W każdym kraju na obrzeżach dyskursu krążą różni polityczni szaleńcy, ale bardzo rzadko obejmują władzę. Berlusconi we Włoszech jest przypadkiem charakterystycznym, który potwierdza jedynie regułę. Naturalny czar Trumpa i jego charyzma oraz zaraźliwa energia nie tłumaczą aż takiego sukcesu. Prędzej czy później każdy populista spotyka się bowiem ze szklanym sufitem społecznego zaufania. Kompetencje, choć giną w kampanijnym zgiełku i wyborczym cyrku coraz bardziej skrojonym pod najniższe gusta społeczeństwa, w końcu muszą się objawić. Dla przykładu Kukiz swoim naturalnym zaangażowaniem i szczerością zdobywał poklask wielu wyborców, ale w pewnym momencie wyszły jego intelektualne, edukacyjne i polityczne braki, które w ostatecznym rachunku ograniczyły jego poparcie. To samo obecnie dzieje się z Ryszardem Petru. Demokratyczny populizm i sprzeciw wobec PiSu wyniósł go w sondażach. Kompromitujące propozycje programowe w sprawie związków zawodowych czy finansowania partii sprowadziły na ziemię. Ciemny lud nie jest aż tak ciemny, za jaki uważają go politycy i dziennikarze. Wyborcom brak być może kompetencji do racjonalnej oceny propozycji programowych polityków, ale podświadomie wyczuwają kiedy coś jest z nimi nie tak. W przypadku Trumpa ten polityczny instynkt samozachowawczy nie działa. Co oznacza, że w amerykańskim społeczeństwie zaszły fundamentalne zmiany.

W USA społeczeństwo przez dekady wierzyło w mit „self-made mana”. Fałszywe założenie, że jeśli człowiek ciężko pracuje to prędzej czy później osiągnie sukces, było bazą do wykreowania jednej z najbardziej produktywnych gospodarek świata. Amerykanie dużo pracują, nie biorą urlopów i nie kręcą nosem na nadgodziny, ale w końcu zauważają, że ich byt się nie poprawia. Zarobki lecą w dół, dobrych prac jest coraz mniej. Kryzys mieszkaniowy, brak powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, obniżająca się jakość życia i zwiększające się materialne nierówności, to problemy z którymi boryka się cały zachodni świat. Niby nic nowego, ale polityczna sytuacja w USA pokazuje, że ludzie są już na krawędzi. Jeśli hasłem, które dało władzę Obamie była „nadzieja”, to sloganem, który może doprowadzić Trumpa do Białego Domu jest „wściekłość”. Zarówno republikanie jak i demokraci przez lata obiecywali poprawę sytuacji społeczeństwa, ale nie byli w stanie wyzwolić się z paradygmatów gospodarczych, a także, co charakterystyczne dla Stanów Zjednoczonych, dominacji korporacyjnej. Spór polityczny przeniósł się więc na kwestie kulturowe. Prawa gejów, dostęp do broni, patriotyzm, tradycyjne modele rodziny, religia, to rzeczy, o które spierała się Ameryka. Ważne, ale nie najważniejsze. Ludzie mają dość obecnej sytuacji. Trump jest symptomem wściekłości i niechęci do status quo. Podobnie jak rzesze innych polityków w pozostałych krajach. Rzeka historii szuka nowych koryt. Hillary Clinton i centrowy establishment muszą to zrozumieć. Drobna korekta systemu, którą proponują, jest niewystarczająca. Społeczeństwo domaga się alternatywy. Jeśli nie dostarczy jej liberalne centrum ani lewica, czeka nas dominacja prawicowego populizmu z elementami autorytaryzmu. Donald Trump zostanie prezydentem USA i liderem wolnego świata. Wszyscy będziemy mieli z tego powodu problemy.

Źródło | Radosław Zapałowski

cooltura_logo_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

/Autor

Fact-checking na Facebooku w rozsypce

System weryfikacji informacji (tzw. fact-checkingu) na Facebooku, który miał działać we współpracy z dziennikarzami, jest w rozsypce. Sami dziennikarze są rozczarowani rzeczywistością współpracy z koncernem i chcą jej zakończenia - podał dziennik 'The Guardian'.

STYL I KULTURA