CO MNIE POKUSIŁO… NIE WIEM

Co mnie pokusiło, żeby się zapisać na tę wycieczkę, nie wiem

Po czterech godzinach snu wizja wizyty w parlamencie lokalnym nie wyglądała zbyt zachęcająco. W zrywie silnej woli przebrnąłem przez ablucje i przywdziawszy strój galowy ruszyłem na wyprawę przez moczary, zamki, drogi i góry, dwieście metrów od domu do parlamentu. Budynek ten publiczny tak zacny, a którego progu od czterech lat tu mieszkając za rogiem nie przekroczyłem.

Brnąc przez rozrzedzone w wodzie ściernisko parku pod pałacem, bicz deszczu na zaspanej twarzy zmuszał mnie do dalszego rozważania powodów podjęcia tej przygody. Rozdarty między ciekawością i chęcią poobcowania w myślącym gronie, pofiglowania inteligentną rozmową, a i oka nacieszenia (nie o parlamentarzystach mowa, co do obydwu wątków, choć nie dało się ominąć stadka dwudziestoparoletnich pięknych sekretarek i innych pomagierów kobiecych, których proporcja do mężczyzn zmieniała się dokładnie odwrotnie do ich skali wieku), dotarłem „elegancko spóźniony”, ale nie mniej zdecydowany nad prawdziwym powodem całego ambarasu, pod wrota egzekutywy Szkockiej na spotkanie drużyny. Pierwsza zasada wyruszenia na przygodę to zbierz drużynę. To nie do końca prawda, pierwsza zasada to weź plecaczek, ale o to spierać się można nocami. Ja osobiście wkładu w zbieranie nie uzurpuje, ponieważ poza heroicznym zawleczeniem czterech liter, nie ruszyłem palcem w organizacji. Otóż moimi współbohaterami było przedstawicielstwo PPF (Polish Professionals Forum). Prężnie rozwijające się stowarzyszenie polskich profesjonalistów, na którego jedno ze spotkań roku pańskiego 2012, Irlandczyk znany mi od laty, za uszy wyciągnął mnie z domu. Chciałbym zaznaczyć, że moje wypociny i opinie w żadnym stopniu nie odzwierciedlają tych reprezentowanych przez PPF, czy jakiegokolwiek z pełna rozumu osobnika gatunku ludzkiego.
Po zbiórce i rozdaniu biletów i agendy parlamentu, zasiedliśmy w wewnętrznej kafejce, by podziwiać przepłaconą atmosferę nagich żarówek i surowego betonu, zawiewającego barem mlecznym z PRL-u ze wstawioną maszyną espresso. Pierwszym punktem w planie dnia było ciche kibicowanie komitetowi do spraw referendum. Sprawie dla Polaków ważnej, chociażby ze względu na uczestnictwo nowego państwa w Unii, które PM Alex Salmond ogłasza za automatyczne, mimo że w Brukseli nikt o tym nie słyszał, a wręcz zaprzeczano ze względu na istniejącą nomenklaturę akcesji. Pod gradobiciem samo-zachwyconej grupy parlamentarzystów stanęło dwoje odpowiedzialnych za listy głosujących: Brian Byrne i Joan Hewton. Następna godzina wypełniona była przez wyszukiwanie najlepszego sposobu zapełnienia list nastolatkami, którzy przekroczą na czas 16 rok życia i wyłapaniem ich, co do nogi, przez zapisy w szkołach i inne kampanie. Grupy wiekowej na rękę partii rządzącej w przeważającej większości, opowiadającej się za odłączeniem. Nie ma to jak doza manipulacji… choć wygląda to po sondażach jak zarządzanie klęską albo minimalizacja strat dla zwolenników odłączenia i szansa rządu NSP do odejścia z twarzą, o ile jest to możliwe, jeżeli „freedom” to tej partii jedyne Modus Operandi. Według mnie odłączenie się miałoby jeden wielki plus. Uproszczenie logistyczne. Otóż, łatwiej jest złapać złodzieja rządowego, rozliczyć nieczystości, a i zarządzać mniejszym państwem o szybszej możliwości zmian w odpowiedzi na warunki światowe, o legislacji nie wspominając. Patrz najmniej opisana w mediach w historii rewolucja w Islandii.
Następnym przystankiem był już parlament właściwy, gdzie przez pierwsze pól godziny premier „odpowiadał” na pytania. Cóż, jedyne co nasuwa się na myśl, słowo do określenia tego zajścia to farsa. W pełnej sali parlamentarzystów jak w zoo wszyscy darli się i starali jak najdotkliwiej „dosrać” premierowi, próbując złapać jakikolwiek mały czas telewizyjny dla swojej twarzy. Generalny tok przekomarzania się, nie miał zbyt dużo sensu i meritum, a składał się bardziej na wyszczekiwanie zarzutów w linii ze statutami swoich partii przerywanego przez tupania, buczenia, gwizdy i oklaski. Po tych 30 minutach tyrady i szopki wraz z Pierwszym Ministrem wybyło ponad dziewięćdziesiąt procent obecnych. W końcu następne na agendzie są problemy profesjonalnych muzyków i aktorów, zmuszanych przez rynek do pracy pro bono oraz benefity na dzieci. Najwidoczniej nic interesującego dla miejscowych parlamentarzystów. Z żalem przyznam się, że nie byłem na debacie o biedujących artystach, ponieważ nasze bilety były wyznaczone czasowo, ale zdążyłem na dwu i półgodzinną debatę o benefitach. W retrospekcie, wolałbym posłuchać o muzykach i aktorach, bo bardziej żenującej i odrealnionej do stadium ignorancji, a przeto rozwścieczającej dysputy, ciężko mi poza trollowaniem na forach Facebooka sobie wyobrazić.

W skrócie, hasłem dnia była wszechdostępność dodatków na dzieci, a w szczególności reforma rządu w Londynie, na którą wpływu nie mają parlamentarzyści Hollyrodzcy. Sprawa rozdzielenia limitu na osobę w domostwie jest żenująco niesprawiedliwa. Wyjaśniam. Jeżeli ty zarabiasz £49.000 i twój partner też £49.000 to macie te £1.300 na dwójkę dzieci rocznie, jednak jeżeli któreś z was, nawet jeżeli wychowujesz samotnie, przekroczy £50.000, to już wam biedaki te £1.300 zabiorą i to jest problem? Można się rozwodzić nad zasadami ogólnodostępnych dostatków, historii dumnej brytyjskiej równości w dostępie do pomocy rządu, i tak to się parlamentarzystów cały tuzin pozostałych spierał. Tylko nasuwa się pytanie. Gdzie w tym zdrowy rozsadek? Czy zarabiając 50.000 rocznie naprawdę potrzebujesz zasiłku na dziecko? Bo uniwersalność zakłada, że jak zarabiasz 1.000.000, to też ci się należy 1.300 z podatków innych, bo księgowi cię przed wydatkami na państwo chronią. Szczytem absurdu całej tej debaty było wystąpienie jednego parlamentarnego z ciekawej dzielnicy, do którego przyszła konstytuentka z pretensją że jej mąż zarabia 54.000, a ona sprząta na pól etatu i jej zabrali, a sąsiadom, którzy przynoszą do domu po 48.000 każdy, to już się nie zabrało i to jest straszny problem. Ulogicznieniem tego wywodu było stwierdzenie parlamentarzysty, że „pamiętajcie, że są ludzie, którzy nieważne ile zarabiają, to mają problemy z pieniędzmi” i w tym właśnie momencie wybuchnąłem „what a load of B$#!7” przyciągając uwagę paru zebranych. Jeżeli nie jesteś w stanie budżetować przy przychodzie 50.000 rocznie, to ja nie wiem, jak ty dostałeś pracę za 50 tysięcy. Mi się zdawało, że dobrze płatne prace wymagają dozy odpowiedzialności, chyba że wolisz jechać mostem, którego projektant nie umie przeliczyć, ile mu zostało do pierwszego, albo dentysty, który oszczędza na materiale, bo musi spłacić nowe Maserati, na które zaciągnął kredyt, bo go poniosło. Wszystko to dywagowanie, ukrywa fakt, ze redystrybucja funduszy i tak nic nie zmieni wymiernego, ponieważ na dodatki z podatków przecież płacone nie łapać się będzie jedynie górne 5-7% , więc rozdanie oszczędności na resztę dostępnych da im po parę pensów tygodniowo, dopiero obniżenie progu do średniej płacy (£25.000) pozwoliłoby na podwojenie dodatków, które trafiłyby do tych najbardziej potrzebujących. Paranoja, ludzie tam po stronie siedzących na sali z prawem głosu, to nie ludzie jak my, którzy rozumieją i widzą świat takim, jakim jest naprawdę. Odrealnienie punktu widzenia nie wróży dobrze. Każdy parlamentarzysta powinien przed wstąpieniem przeżyć 6 miesięcy za £1.000 miesięcznie po raz pierwszy, albo żeby sobie przypomnieć że wydają pieniądze ludzi, którzy w kolosalnej większości tak właśnie żyją. Może wtedy zawrą korzystniejsze umowy, będą wydawać rozsądniej i unikną takich fars jak 5-krotne przekroczenie budżetu na budynek Parlamentu czy sławetną linię tramwajową. W dziewiętnastym wieku gospodarowanie szło im lepiej.
Dziwnym zbiegiem okoliczności dzień po wizycie na Netflixie zapremierował „Dom z kart” – dramat polityczny, w którym nie zginął nikt do prawie samego końca, a jedyny wystrzelony pocisk zaowocował zwolnieniem strzelającego pracownika ichniego BOR’u. Mimo tego na szpilkach wchłonąłem cały sezon bez przerwy i utwierdziłem się w nienawiści do świata polityki. Tylko bliskość parlamentu spowodowała, że ten wymiot mózgowy, który właśnie przeczytaliście, padł na polityków szkockich, potęgowany może przez niesamowicie kontrowersyjną agendę dnia i powyższym serialem. Nie ukrywam, więc że podobne sentymenta poczuwam do wszystkich współczesnych polityków i politycznego twora Niggurath-owego w całości, jego elitystycznie przekomplikowanej galaretowatości.
Podczas obrad z oburzeniem stwierdziłem, że właśnie takie odrealnienie i stek ciepłego parującego brązu, to powód, dla którego nikt normalny za politykę się nie bierze, o korupcji, nepotyzmie i kolesiostwie nie wspominając. Jeden z delegatów PPF powiedział, że właśnie przez to, że normalnym się nie chce zabierać za rządzenie, to tacy przy korycie siedzą. Sam tak kiedyś prawiłem, dopóki nie zdałem sobie sprawy, ze świat polityki nie jest kompatybilny z moim kręgosłupem etycznym, a już na pewno z „pohamowaniem” wypowiedzi. Pociąg do prawdy i szczerość szybciej zrobi z człowieka dziennikarza niż machlojkowicza Gallore MP. Może trzecia władza powinna zamienić się z egzekutywą na stołki, choć wtedy sprzedawaliby opinie i artykuły rządzącym, jak teraz pędzlują głosy korporacjom i sondażom.

P.S. Wiem, że do wyciągnięcia niektórych wniosków, za małą przybrałem grupę testową, ale niektóre rzeczy są oczywiste… albo nie.

Tekst | Fot: Tomasz Szewczyk
Grafika: Matt Bors

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *