Brytyjczycy chcą, aby imigranci władali angielskim, choć sami za cholerę inaczej nie potrafią

Z pewnością wielokrotnie spotkaliście się z „językową dyskryminacją” w pracy lub w innych miejscach publicznych. Brytyjczycy często sugerują aby mówić w ich języku. Niestety w drugą stronę to nie działa. Dlaczego? Niedouczenie, lenistwo czy imperialne zapędzanie „się”?

Wielka Brytania od dawna nie jest tak wielka, jakby mogło się wydawać wielu Brytyjczykom. I choć we Francji problem jest jeszcze większy, to bardzo często zdarza się Brytyjczykom zapominać o tym, że mieszkamy w Europie, a nie w brytyjskim imperium – jeszcze.

Niestety Brytyjczycy chcą – czytaj, wymagają – aby imigranci władali językiem angielskim. Nie wnikam z jakim akcentem, a że jest ich cała masa, i że bardzo często sami rdzenni Brytyjczycy nawzajem się nie rozumieją to zupełnie inna bajka. Niestety takie podejście i traktowanie imigrantów przez Brytyjczyków często kończy się zwyczajnie nieprzyjemnie, a nawet w sądzie.

Zapomnijmy jednak na chwilę o tym, jak traktują nas niektórzy Brytyjczycy i przyjrzyjmy się jak ze znajomością obcych języków wygląda u tych, którzy chcieliby aby inni je znali.

I tak np.: według dziennika „The Telegraph” w całej Hiszpanii mieszka 761 tysięcy Brytyjczyków – co stanowi 2 procent całej populacji tego kraju. Jednym z miejsc, gdzie Brytyjczycy są najbardziej zauważalni jest – tu zaskoczenia nie ma – Majorka. To właśnie na przykładzie tej wyspy postanowiono obliczyć, ilu Brytyjczyków włada językiem hiszpańskim.

I tu zaskoczenia również nie ma, bowiem według szacunków znajomość języka hiszpańskiego przez Brytyjczyków pozostawia wiele do życzenia. Ze zgromadzonych danych wynika, że tylko co czwarta osoba podjęła próbę krótkiej wymiany zdań z hiszpańskojęzycznym mieszkańcem Majorki. Jeden z brytyjskich emerytów z przekąsem zauważył, że język angielski jest na tyle wszechobecny, że nie ma potrzeby nauki języka hiszpańskiego. Lenistwo?

Według Anny Nicholas, autorki tekstu w „The Telegraph” problem naprawdę jest spory, bo jak zauważa, nawet wśród jej znajomych nauka obcego języka przychodzi z ogromnym trudem i zna osobiście zaledwie kilku rodaków, którzy postanowili obcy język zgłębić. I choć autorka tekstu próbuje nieco rodaków tłumaczyć tym, że zjawisko „niedouczenia” związane jest z zawiłościami geograficznymi, wszak jako wyspa, Wielka Brytania, nie ma żadnego sąsiada władającego innym językiem, to jak się wydaje, „sąsiedzki argument” jest słaby. Wszak Polacy nie sąsiadują z Wielką Brytanią a coraz częściej swą znajomością języka angielskiego zaskakują nie tylko siebie ale przede wszystkim – nomen omen – sąsiadów właśnie.

Warto przypomnieć w tym miejscu jeden ciekawy fakt. Otóż wielokrotnie zarzucano nam Polakom, że Wyspa musi ponosić wysokie koszty tłumaczenia dokumentów, etc., na język polski. Tymczasem w Hiszpanii większość banków, restauracji, kawiarni, sklepów i innych punktów usługowych oferuje obsługę w języku angielskim, ba, zarówno prywatne, jak i publiczne szpitale dysponują zawodowymi tłumaczami dla osób władających angielskim, którzy z bliżej nierozpoznanych powodów języka hiszpańskiego nie ogarnęli – słowa „ogarnęli” używam celowo jako kolokwializm dla podkreślenia, iż dzisiaj mamy XXI, a nie XVIII wiek.

Zatem drogie panie i panowie Brytyjczycy, jak głosi pewne powiedzenie, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, powinno przyświecać wam Brytyjczykom od dziecka jaśniej niż korona Brytyjskiej Królowej. Takie podejście przyniesie wam więcej pożytku w kolejnych dziesięcioleciach niż utrzymywanie (sic!) „hordy” inteligentnych i zaradnych imigrantów.

OM | Damian Biliński

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA