Benefity a sprawa Polska

Czy wiecie, że w polskojęzycznej sieci nie sposób znaleźć definicji słowa beneficiarz? Ciekawe, zważywszy na to, że internet potrafi zaszufladkować wszystko i wszystkich.

Czy beneficiarzem jest więc ten, kto zdecydował się na pobranie zasiłku dla bezrobotnych po nagłym zwolnieniu z pracy? Czy jest nim każdy, kto pobiera child benefit lub child tax credit? A może tu wcale nie o to chodzi? Pamiętam, że ktoś z komentujących zjawisko w sieci stwierdził kiedyś: „Beneficiarz nie określa statusu danego człowieka, tylko jego stan umysłu.”

Duma Polaka

Pawła poznałem przez przypadek. Widywaliśmy się na przystanku, czekając na przyjazd autobusu. Ekstrawertyk. Buzia mu się nie zamykała, więc te kilka minut każdego dnia dawało szansę na poznanie kawałka jego życiorysu. A życiorys Paweł miał ciekawy. W Polsce – była już – żona, dziecko, praca zaopatrzeniowca. I przekręty. W tych ostatnich facet był na tyle dobry, że na większość jego pomysłów ciężko byłoby wpaść nawet co bardziej rozgarniętym jednostkom. A to pokątne umowy z hurtownikami podczas rozliczania faktur, a to przyswajanie części materiałów budowlanych, które można było zastąpić tańszym składnikiem. A to znowu odciąganie benzyny z baku… Hulaj dusza, piekła nie ma. Prawdziwy Michał Anioł kantu. „Pewnego dnia wszystko się zje**ło, ze starą już być nie chciałem, a że mnie szefu capnął za rękę, fiesta się skończyła. Było wyjechać.”

Życie na emigracji wymaga od Pawła nieco większej ostrożności. I – wbrew doświadczeniu większości Polaków – również większej oszczędności. Do Polski każdego miesiąca idą alimenty, na miejscu sporo kosztuje mieszkanie, rozrywki, alkohol. „Powiem ci, że teraz dopiero widzę, co to znaczy od pierwszego do pierwszego. Wcześniej pozwalałem sobie na wszystko i jeszcze zostawało. Teraz już zbytków nie ma” – wyznał kiedyś. „To co, benefity pewnie bierzesz?” – spytałem. „Nie, nie biorę. Jestem Polakiem, a nie k***a żebrakiem” – odpowiedział wzburzony.

Rodziny nie rozwalę

Łukasz pracuje w fabryce żywności. Praca jest wymagająca i fizycznie wyczerpująca. „Ale że w ogóle jest, to najważniejsze” – mówi. Jak 1,2 mln innych ludzi w Wielkiej Brytanii, za swój wysiłek otrzymuje wynagrodzenie minimalne. Jak 700 tys. pracowników na Wyspach, jego pracę reguluje zero-hours contract.

„Wiesz, czasem nie jest łatwo. Praca niby jest przez cały rok, ale tak naprawdę tylko latem możemy być pewni zamówień. Kiedy przychodzi jesień, wszyscy wciąż mówią tylko o tym, jak długo jeszcze uda się utrzymać stały poziom dochodu. Koniec listopada, czy grudzień to już wegetacja” – mówi.

Sytuacja dla Łukasza i jego rodziny staje się w tym momencie patowa. Jako, że do pracy wzywany jest z dnia na dzień – a czasem wręcz z godziny na godzinę – nie może pozwolić sobie na odpuszczenie i szukanie innego zajęcia. Zimą porobi więc dwa, trzy, a od okazji cztery dni w tygodniu. Niewystarczająco, aby uzyskać satysfakcjonujący dochód. Wystarczająco – żeby „załapać” się naworking tax credit, child tax credit i housing benefit.

„Co mam robić? Kraść? Pewnie, że biorę benefity. Jakbym miał się unosić honorem i dziadować, to siedziałbym w Polsce i udawał, że pracuję za te półtora tysiaka. Z tym, że chociaż miałbym wszystkich bliskich i znajomych koło siebie. Mam w UK rodzinę na utrzymaniu, a więc realne problemy dnia codziennego. A to dzieci chorują, a to bojler się zepsuje. Ciągle coś się dzieje. Musiałbym być głupi, gdybym nie brał tych pieniędzy jak miejscowi, tylko zgrywał ‚dumnego Polaka’. Szukać ‚na chama’ drugiej roboty i harować po 16 godzin w sezonie też nie byłoby rozwiązaniem, a raczej prostą receptą na rozwalenie rodziny.”

Krach i już

Historię pana Arka znałem z opowieści znajomych. Pewnego dnia zdobyłem jego maila i poprosiłem o osobiste spotkanie. Odmówił. „Jeśli Pan chce, może opisać moją historię, ale nie chcę rozgłosu. Proszę nie podawać nazwiska, a imię zmienić. Mam już dosyć tłumaczenia się niektórym Polakom z tego, że żyję jak istota ludzka, zamiast trafić na ulicę u nas w kraju.”

Mężczyzna w średnim wieku pracował w magazynie pod Dundee. Jeździł tam elektrycznym paleciakiem. „Wszystko było super, dopóki pracowaliśmy starą, zgraną ekipą. Było kilkoro Polaków, paru miejscowych. I sensowni przełożeni. Pracy dużo, ale szło ogarnąć. Problem zaczął się wówczas, gdy firmę przejął nowy właściciel. Zaczął od redukcji etatów i zwiększenia limitów. Wprowadził swoich ludzi do nadzoru. Żeby ze wszystkim się wyrobić, regularnie zostawaliśmy na nadgodziny. Ale to nie wystarczało. Tempo znacznie wzrosło, a zatem i niebezpieczeństwo wypadku.”

„Zdarzyło się to już po kilku tygodniach. Byłem zmęczony. Podjeżdżając pod paletę źle wykręciłem, zahaczając nogą o pręt regału. Trach i już, rozgniotłem sobie kolano. Uraz był tak duży, że pomimo operacji nie udało mi się odzyskać pełni sprawności do dzisiaj. Nie potrafię w pełni wyprostować nogi, kuleję. Nie mogę podjąć pracy fizycznej, która wymaga stania lub chodzenia, a mój angielski nie jest z kolei na tyle dobry, bym mógł pracować w biurze. Już od roku szukam zajęcia, które umożliwiałoby mi pracę na siedząco, ale nie jest łatwo. Odpowiednie oferty nie leżą na ulicy. Czy biorę benefity? Tak, pobieram wszystkie zasiłki, które mi przysługują.”

„Wie Pan, że niektórzy nazwą Pana beneficiarzem?” – pytam otwarcie w jednym z maili, choć długo waham się przed ostatecznym kliknięciem „wyślij”. Odpowiedź przychodzi następnego dnia: „A co niby miałbym zrobić? Czy mam się z tego tłumaczyć, że nie chcę wracać do Polski i iść prosto na ulicę? Mam odmówić zasiłków, które mi przyznano? Nigdy nie życzyłem i nie życzę nikomu źle, ale jeśli ktoś myśli, że żeruję na nim, czy kimkolwiek, chciałbym usłyszeć go w momencie, w którym sam znajdzie się w mojej sytuacji”.

Skala zjawiska

„Czy pobieranie benefitów można rozpatrywać w kategoriach etycznych? Nie mówię o oczywistych wyłudzeniach, które są nie tylko złe, ale i karalne. Chodzi mi raczej o osoby, które wprawdzie nie głodują, ale jako upoważnione do pobierania zapomóg, wykorzystują możliwość daną im przez system?” – pytam Martę Nowak, koordynatorkę Polskiego Centrum Pomocy Rodzinie w Edynburgu.

„Zasiłki są rozpatrywane na podstawie zasad i wymagań ustanowionych przez rząd, dlatego też jeśli ktoś spełnia te warunki, to nie ma tu mowy o moralności czy etyce. Warto podejść do benefitów w sposób obiektywny, tzn. jeśli ktoś spełni warunki i pomoc finansowa się należy, to powinien z tego korzystać – jeśli oczywiście ma taką potrzebę” – odpowiada.

A co z tymi, którzy długotrwale pobierają zasiłki dla bezrobotnych? Podstawowym pytaniem, jakie należałoby sobie zadać, jest to o skalę zjawiska. Alex Massie, dziennikarz publikujący na swoim blogu przy The Spectator, przed paru laty postanowił zweryfikować dane o opiece socjalnej podawane przez brytyjską prasę. Kiedy The Telegraph grzmiał o 14 tys. Polaków na bezrobociu, Massie – powołując się na dokumenty instytucji przyznających zasiłki – wskazał, że w istocie pobierało je tylko siedem tys. osób. Mniej niż 1,5 proc. ogółu Polaków przebywających na Wyspach!

Pracowitą naturę „naszych” potwierdzają również inne wskaźniki. Jak wykazały badania opublikowane pod koniec 2014 r., spośród przedstawicieli wszystkich narodowości mieszkających na Wyspach, to właśnie Polaków charakteryzuje najwyższy wskaźnik zatrudnienia. Na 100 osób przybyłych tu z kraju nad Wisłą, pracuje aż 81.

Nie wszyscy są uczciwi. Wśród pozostałych 19 z dużą dozą prawdopodobieństwa znalazłby się jeden, czy dwóch, którzy z „dojenia systemu” uczynili własny styl życia, a przed wszelką aktywnością uciekają jak przysłowiowy diabeł przed święconą wodą. Pytaniem pozostaje, czy mamy prawo wrzucać do tego samego worka kolejne kilkanaście osób?

Nic za darmo

Z czego więc bierze się niechęć Polaków do osób, które w jakikolwiek sposób wspierane są przez państwo? Bo to, że ta niechęć istnieje, nie musi być potwierdzane przez żadne badania. Wystarczy internet i pięć minut wolnego czasu. Być może wynika to z trudnych narodowych doświadczeń, które zawsze wymagały od nas walki i nieustępliwości? Przeświadczenie, że „za darmo można dostać co najwyżej wpi**dol”, dość mocno wryło się w naszą podświadomość.

W jednej z wypowiedzi Marta Nowak stwierdziła: „W Polsce ludzie poprzez (…) historię i okres transformacji ekonomiczno-gospodarczej nauczyli się „zaradności” życiowej, aby zapewnić godny byt rodzinie. Polacy są narodem pracowitym i jeżeli otrzymują godną zapłatę za swoją ciężką pracę, czują się dumni i docenieni.”

Niech więc powodzi się nam jak najlepiej, bo w zakresie pracy nad budowaniem poczucia wartości wielu z nas ma jeszcze solidne zaległości. Życzmy sobie jednak, by dojrzałe owoce sukcesów ekonomicznych w postaci umocnionego ego, nie wyzbyły nas resztek empatii, życzliwości i zwykłego człowieczeństwa.

Krzysztof Mielnik-Kośmiderski

emito_net_150

© Open Magazyn.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Całość jak i żadna część utworów na OPEN MAGAZYN.PL, nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody Redakcji. Wobec osób łamiących prawo, podjęte zostaną wszelkie działania prawne celem dochodzenia roszczeń finansowych.

POPULARNE TERAZ

INFORMACJE I BIZNES

OPINIE I PUBLICYSTYKA

STYL I KULTURA

/Autor

Ostatnie lata przyniosły ogromny postęp w leczeniu nowotworów

Raka piersi co roku diagnozuje się u około 18 tys. Polek, z których 85 proc. udaje się wyleczyć. Dzięki nowoczesnym terapiom – obecnie nawet rak piersi z przerzutami może stać się chorobą przewlekłą. Podobnie jest w przypadku wielu innych typów nowotworów – choć liczba zachorowań rośnie, pojawiają się innowacyjne leki, które znacząco wydłużają życie chorych i poprawiają jego jakość.

Sharing is caring!